Wpis 21 Maszyna

Nazywam się Alantar Annari. Jakiś czas temu postanowiłem założyć blog o życiu w obcym kraju. Goniąc za popularnością, przekroczyłem jednak znacznie granice osobistych tajemnic. Na razie porzuciłem go i próbuję teraz nie myśleć o ilości wejść na stronę czy komentarzy. Codziennie bezskutecznie staram się powstrzymać przed zerkaniem na bloga. Cóż, stał się on moją drugą tożsamością i drugim życiem, w którym, w przeciwieństwie do tego, mogę pisać co tylko chcę. Myślę, jak do niego wrócić, by nie stracić tego, prawdziwego życia i osób, na których mi zależy. Na razie w ramach kompensacji zacząłem pisać ten pamiętnik.

 

Restauracja ,,Cokolwiek zechcesz’’ nie jest już tak popularna jak kiedyś. Podupada. Od dawna nikt nie wymienił wystroju, obrusy utraciły niegdysiejszą śnieżystą biel, karty dań są wymięte i postrzępione. Przede wszystkim jednak przed wejściem straszy nieruchomy, rdzewiejący robot.

Dzisiaj spotkaliśmy się w tym miejscu z BJ-em, Bariamem Jadżarwi. Zadzwonił do mnie dzień po imprezie w ambasadzie (numer pewnie dała mu Sairin albo Daika) i zmusił do spotkania we dwóch.

– Pamiętasz, co mi powiedziałeś tam, w górach? – spytał od razu szorstko, ledwie zamówiliśmy napoje. Że będziesz moim dłużnikiem. Że będę mógł Ciebie prosić o co zechcę.

Wpatrywałem się tylko przez przybrudzone okno w stojącą na zewnątrz maszynę.

Robot-kelner był niegdyś głównym powodem popularności restauracji ,,Cokolwiek zechcesz’’. Droga, sprawna i intrygująca maszyna sprawnie obsługiwała obsadzone gośćmi stoliki i rozsławiała knajpę w całym kraju.

–  Wiesz, że kocham Daikę. – ciągnął BJ, wyraźnie niechętnie otwierając się ode mnie.

– I teraz z nią jesteś. W czym problem? – odpowiedziałem równie oschle.

Niezależne wydarzenie na moment przerwało naszą rozmowę. Za oknem dwójka dzieci zaczęła bawić się w ciskanie kamieniami w niszczejącego robota. Patykowaty kelner wybiegł z restauracji z grzmotnięciem drzwi i wrzaskiem przepędził dzieciaki.

Problemy z robotem-kelnerem zaczęły się dość szybko. Był zawsze sprawny i zawsze cierpliwy, to prawda. Nie każdy jednak uważał, że był zawsze uprzejmy. Nieraz nie poznał po akcencie Garantańczyka i zaproponował mu alkohol, na co wielu moich rodaków reaguje oburzeniem. Wszystkim, nawet cudzoziemskim gościom proponował na przystawkę wędzoną baraninę w sosie jagodowym: przysmak Karanthkarczyków, którego reszta świata nie znosi.

–  Z Daiką nic nie jest takie proste. –  zwrócił mi uwagę BJ, wracając do przerwanej incydentem rozmowy. –   Ona Cię ciągle testuje, sprawdza. Nie wiesz już w końcu, co jest testem, co nie. I kiedy to się skończy…

Bezwiednie pokiwałem głową. I to wystarczyło. BJ pstryknął palcami i wskazał na mnie.

–  Ano właśnie. Bo ty też się z nią spotykałeś! Teraz wiem to na pewno. Długo z nią randkowałem i wszystko było dobre. Potem zaczęła się trochę ode mnie oddalać. Czułem, że coś jest nie tak. Domyśliłem się, że spotyka się równocześnie z kimś jeszcze. To do niej podobne. Długo nie wiedziałem z kim. Pewnie już widywała się z Tobą, kiedy Cię uratowałem… ale wtedy tego nie wiedziałem. Potem usłyszałem od kogoś, że spotyka się z jakimś Garantańczykiem. Zaraz potem zaproponowała mi związek, ale zaraz potem powiedziała, że złożyła tę propozycję dwóm osobom jednocześnie i że wybierze z nich jedną. Próba za próbą: za jakiś czas powiedziała, że jednak nie będzie w podwójnym związku, bo ta druga osoba odmówiła. Niby wszystko jest odtąd w porządku… Ale kiedy spotkaliśmy się w ambasadzie, kiedy zobaczyłem, jak na Ciebie patrzy… wszystko zaczęło mi się zgadzać. Teraz jestem już pewien.

Dobry jest. Cwańszy niż sądziłem. BJ tak naprawdę upewnił się dopiero dzisiaj. Wystarczyło, że pokiwałem głową, gdy powiedział o testach Daiki, a ostatni wpasował na miejsce ostatni element układanki. Był o krok przede mną i miał w ręku wszystkie karty.

– Obiecaj. – syknął.

Udawałem, że nie rozumiem. Nie chciałem tej rozmowy i nie potrafiłem od niej uciec.  Próbowałem patrzeć na restauracyjnego robota.

Po tym, jak pojawiły się pierwsze kłopoty, robota postanowiono przeprogramować. Miał być wyczulony na kulturę. Poznając język lub akcent garantański, miał nie proponować alkoholu. Tylko poznając rdzennego Karanthkarczyka miał proponować wędzoną baraninę. I tak dalej.

I co? Dopiero wtedy restauracja zaczęła tracić popularność.  Co jeśli Garantańczyk lubi alkohol? Oczywiście, że tacy istnieją. Są ich miliony, nawet jeśli o tym się nie mówi. I co jeśli garantański turysta chce się napić, bo jest z dala od kraju i kontroli własnego społeczeństwa? Raczej nie jest zachwycony z faktu, że kelner odmawia mu alkoholu ze względu na jego narodowość.

Robot nie rozumiał tych dziwactw ludzkiego świata. Nie rozumiał, dlaczego to źle, że nie zna się na czyjejś kulturze i źle, że się na niej zna. Nie rozumiał, dlaczego mężczyźni zamawiają co innego, jeśli są z kobietami i co innego, jeśli są sami. Nie rozumiał, dlaczego ludzie, którzy za dnia ostentacyjnie i głośno mówili mu, czego nigdy nie zjedzą, zamawiali to samo po zmroku.

Incydentów było coraz więcej. Wielu ludzi zaczęło mówić, że maszyna była jednak znacznie bardziej uprzejma zanim wgrano jej wyczulony na kulturę program. Tymczasem robot nie był uprzejmy ani nieuprzejmy. On po prostu z początku wszystkich traktował tak samo.

W końcu restauracja ,,Cokolwiek zechcesz’’ zrezygnowała z usług kelnera-robota. Wyłączoną maszynę postawiono przed wejściem, żeby przynajmniej przyciągała chętnych na zrobienie sobie z nią zdjęcia turystów.

– Obiecaj, że nigdy nie będziesz z Daiką. – powtórzył ostrym szeptem BJ. – Tam, w górach, obiecałeś mi cokolwiek tylko zechcę. Ja chcę właśnie tego. Zostaw mi Daikę. Wy, Garantańczycy, uchodzicie za najbardziej honorowych ludzi świata. Garantańczyk raczej się zabije niż złamie raz dane słowo, tak się u nas mówi.

Czy mam być jak ta zardzewiała maszyna? Czy każdy Garantańczyk zawsze dotrzymuje danego słowa? Czy kultura jest jak program zachowania zapisany w zwojach mózgowych bezwolnych jak roboty ludzi? Losy sztucznego kelnera pokazują, że tak nie jest.

– Obiecuję. – wydukałem wreszcie.

I jak się teraz z tych wszystkich kłamstw wykaraskam? Maszyny przynajmniej nie kłamią.

 

Blog o wymyślonym kraju na Facebooku

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Wpis 20 Nigdy nie zapomnimy

Nazywam się Alantar Annari. Jakiś czas temu postanowiłem założyć blog o życiu w obcym kraju. Goniąc za popularnością, przekroczyłem jednak znacznie granice osobistych tajemnic. Na razie porzuciłem go i próbuję teraz nie myśleć o ilości wejść na stronę czy komentarzy. Codziennie bezskutecznie staram się powstrzymać przed zerkaniem na bloga. Cóż, stał się on moją drugą tożsamością i drugim życiem, w którym, w przeciwieństwie do tego, mogę pisać co tylko chcę. Myślę, jak do niego wrócić, by nie stracić tego, prawdziwego życia i osób, na których mi zależy. Na razie w ramach kompensacji zacząłem pisać ten pamiętnik.

Budynki płyną obok nas spokojnie i dostojnie. Pierwszy z nich to nieomal drewniany pałacyk, z fantazyjnie powyginaną na boki bramą i łopoczącymi na dachu flagami, niczym okręt admiralski zwycięskiej floty płynący przez sam środek Tanthawastu. Drugi kusi dyskretnie oświetlonym ogrodem i nastrojową muzyką. Obydwie budowle zatrzymują się przy naszym pomoście na dłuższą chwilę, ale nie wsiadamy do żadnego z nich. Czekamy na trzecią ambasadę – dwupiętrową i najmniej atrakcyjną pod względem architektury, za to z restauracją na dachu, zapewniającą fantastyczne widoki na upstrzone światłami miasto.

Ta trzecia pływająca ambasada to misja dyplomatyczna mojego państwa, Garantanu. Trzy pływające po rzece w centrum miasta ambasady to kuriozum na skalę nie tylko Karanthkaru, ale chyba całego znanego świata.

Chyba każdy zna tę historię, powtarzaną choćby po to, by pośmiać się z Karanthkarczyków. Dwieście lat temu krajem władał nadpobudliwy i pamiętliwy nadkomisarz Kamatar Fange. W tych czasach nie było jeszcze ambasad, ale kursowali już posłowie i pewnego razu garantański posłaniec niezręcznie zwrócił się do włodarza karanthkarskiego państwa, nazywając go ,,rybakiem’’ (anfuir, z tonacją opadającą przy ,,u’’) zamiast ,,nadkomisarzem’’ (też anfuir, ale z tonacją rosnąca przy ,,u’’).  Każdy rozsądny człowiek przyzna, że łatwo się pomylić, ale w furii nadkomisarz Kamatar Fange był wręcz gotów biednego posła wybatożyć. Powstrzymany przez prawo poselskiej nietykalności, zagroził tylko, że stopa żadnego Garantańczyka nigdy więcej nie postanie na karanthkarskiej ziemi.

- I skoro ci tak ryby w smak – dodał Kamatar – to resztę rozmowy będziesz ze mną z rzeki prowadzić.

Posła następnie wsadzono, z zachowaniem wszystkich możliwych konwenansów, na łódź i poseł miał tylko tyle czasu, by wyłuszczyć sens swojej misji, póki był słyszany. Koniec swojej wypowiedzi musiał już wykrzyczeć, ale i tak oddalił się zbyt daleko od rozbawionego nadkomisarza i całej gawiedzi, by był w stanie przedstawić swoje racje. Od tego czasu każdy przybywający do Karanthkaru posłaniec królestwa Garantanu poddawany był temu upokarzającemu rytuałowi. Ambasadorowie mieli tylko tyle czasu, by przemówić do nadkomisarza i pozostałych komisarzy, ile czasu ich łódź mijała miejsce zgromadzenia.

Kilka lat później za równie małą przewinę Kamatar Fange śmiertelnie obraził się na ambasadora Aondalu. A potem jeszcze na posła Addawas. W sumie reprezentanci trzech państw musieli odtąd składać audiencję przepływając na łodzi przez środek stolicy.

Głupi rozkaz władzy jest dalej rozkazem. Póki władca żył, ludzie nie ośmielili się śmiać z niego wprost. A kiedy przyszły następne pokolenia, rozkaz nie był już dla nich głupi. Odziedziczyli go z częścią szerszej tradycji, którą, jaka by nie była, nauczeni byli szanować. I tak przez długie dziesięciolecia posłowie tych trzech państw przybywając do Tanthasawastu musieli wsiadać na łódź, przepływać przez stolicę i wracać do domu. A kiedy nadeszły czasy regularnych ambasad, nieskorzy – podówczas jeszcze – do zmian Karanthkarczycy nakazali, by misje dyplomatyczne Garantanu, Aondalu i Addawas umieszczone zostały na łodziach, które musiały kursować stale po stolicy. W zamyśle to miała być kontynuacja upokarzającego rytuału…

…Ale we współczesnych czasach ta pamiętliwość i złośliwość obróciła się przeciw Karanthkarczykom. Kiedy nadeszła epoka precyzyjnego prawa i szalonych cen gruntów, stolica chętna była przenieść misje dyplomatyczne na stały ląd. Do tego czasu jednak ambasady zauważyły znaczne korzyści swojej sytuacji i odmówiły. W sensie prawnym nie są one nieruchomościami, nie obowiązuje ich zatem szereg podatków i innych regulacji. Stanowią  też oczywiście teren osobnego państwa, nie obejmują ich zatem przeróżne, funkcjonujące w stolicy zakazy i nakazy. Jakby tego było mało, niegościnna niegdyś rzeka stanowi teraz centrum Trzeciego Miasta, zabytkowej i najbardziej atrakcyjnej dzielnicy Tanthawastu. Pływanie ambasadą to w zasadzie fantastyczna wycieczka turystyczna. W związku z tym każda z trzech ambasad już dawno temu zaczęła na swoim terenie prowadzić luksusowe restauracje, które należą do najbardziej prestiżowych w całym mieście. Ze względu na ich – że to tak ujmę – pozycję, mogą dyktować wysokie ceny, ale równocześnie bardzo mało płacą goszczącemu je państwu. To chyba jedyny przykład zarabiania na prowadzeniu ambasady.

(To chyba jowialny ambasador Gżwrm, Fd Kth, powiedział niedawno żartem, że żałuje, że dwieście lat temu nikt z jego państwa nie obraził Kamatara Fange. Ci ludzie z Gżwrm zawsze mają głowę do pieniędzy.)

Jest też jednak jeszcze jeden aspekt. Ambasady nie tylko oferują piękny widok, ale go zasłaniają. Mogą zatem swoją pozycję wykorzystywać złośliwie, by przesłaniać zabytki po drugiej stronie rzeki. Immunitety i dobro obustronnych relacji nie pozwalają zaś zbyt wiele z tym zrobić. Ambasady mają ograniczoną przestrzeń, ale i tak kilka kluczowych mostów trzeba raz  na jakiś czas otwierać i zamykać, żeby je przepuścić. ,,Uwaga! Most w górę. Płynie ambasada!’’ stało się nawet w stołecznym języku przysłowiową formułą, oznaczającą drwinę z kogoś, kto wszędzie oczekuje preferencyjnego traktowania.

Nie tak dawno na blogu pisałem, że dostałem zaproszenie na rocznicę Dnia Koronacji w ambasadzie Garantanie. Od tego czasu wiele się w moim życiu zmieniło. Porzuciłem (na razie) pisanie bloga, ale i tak nie otrzymałem rozgrzeszenia od Daiki i dlatego przystałem na dziwaczną propozycję Sairin Akarakti, przyjaciółki Daiki. Udajemy teraz z Sairin parę, bym ja zbliżył się ponownie do Daiki a Sairin do BJ-a. W efekcie wizyta w ambasadzie stała się naszym pierwszym wspólnym wyjściem i początkiem tej poplątanej gry pozorów.

Zaprosiłem Sairin, Daikę i BJ-a jako moje osoby towarzyszące. Miałem plan na cały ten wieczór; jak szachista przygotowywałem gest w odpowiedzi na każdy gest, słowo w odpowiedzi na każde słowo. Dziś to ja miałem zmiażdżyć BJ-a i olśnić Daikę. Raz jeden to ja byłem w swoim królestwie i w swoim żywiole, nie oni. To oni nie rozumieli większości prowadzonych wokół rozmów. I tu to ja byłem kimś, profesorem z Garantanu a oni anonimowymi obywatelami państwa, którzy wcisnęli się na wyżerkę.

- Jedz co chcesz. Na koszt Karanthkaru. My niczego nie żałujemy. – to na przykład miałem powiedzieć z chłodną pogardą BJ-owi wskazując mu stoły z jedzeniem.

BJ to niewychowany buc, czułem to od początku. Wiedziałem, że z moją akademicką ogładą nie będę mieć żadnych problemów, by go do razu zdominować.

Ale cały mój plan runął w chwili, gdy zobaczyłem BJ-a, którego przecież dotąd nie poznałem. Przecież to jest Bariam Jadżarwi! Ten człowiek, z którego ciężarówką nieomal się nie zderzyłem na drodze do Wewnętrznego Morza i który potem uratował mi życie wyciągając znad przepaści! Co za niezwykły i fatalny zbieg okoliczności – przecież obiecałem mu w zamian cokolwiek, o co poprosi… Musiałem mieć naprawdę niewesołą i zdumioną minę, gdy tymczasem BJ, o dziwo, zachował kamienne oblicze i wyciągnął do mnie dłoń bez słowa, jakbyśmy się nigdy wcześniej nie widzieli.

- Bariamie, poznaj Alantara, mojego nowego faceta. – powiedziała ze słodko-fałszywym uśmiechem Sairin. Mierzyliśmy się wzrokiem, a Sairin i Daika wymieniły się frywolnymi pocałunkami w policzek, jak gdyby nic się nie działo. One wyraźnie nie wiedzą, że BJ i ja już wcześniej się poznaliśmy. Za to BJ okazał się ewidentnie znacznie bardziej inteligentny, niż mi się wydawało. Widać domyśla się, że toczy się tu jakaś gra, postanowił zatem udawać, że mnie nie zna. W ten sposób zachował asa w rękawie – moją obietnicę wobec niego – na potem.

Dalej wszystko odbywało się tak, jak to sobie z Sairin zaplanowaliśmy. Ja starałem się udawać, że jestem wobec niej szarmancki, ciągle zerkając na udającą obojętność Daikę. Sairin również obsypywała mnie uśmiechami, nie przestając spoglądać na BJ-a. Po tym ostatnim można było się domyślać, że pragnie tylko Daiki, ale starał się być w centrum uwagi wszystkich, poza mną, ale biorąc pod uwagę miejsce spotkania, to mi było brylować łatwiej.

- To długo już jesteście razem? – to lustrujący mnie badawczym wzrokiem BJ spytał Sairin, a ona mrugnęła do Daiki, odpowiadając niezmiennie słodkim i wciąż tak samo fałszywym tonem:

- Wystarczająco długo, bym poznała wszystkie, rozliczne zalety Alantara. [było to nasze drugie spotkanie.]

- A między wami, gołąbeczki, to na poważnie? – spytała z kolei Sairin Daiki, wciąż przesadzając z ilością  miodu na języku.

- Wiesz, tak samo poważnie jak zawsze u mnie. – zaśmiała się Daika.

Tak, byliśmy jak ci dyplomaci w ich pływających pałacach – każdy mówiący co innego niż w rzeczywistości ma na myśli.

W tych oparach sztucznej miłości wydawało się niemożliwym, by doszło do scysji. W sensie dyplomatycznym był to naprawdę uroczy wieczór. Do czasu, aż Daikę zafascynował wykuty złotymi literami napis na ścianie ambasady.

- Co to? Jakieś motto? Cytat z wiersza? – spytała, trącając mnie łokciem Daika.

 - ,,Tituminirigomba 1620. Nigdy nie zapomnimy.’’ – wytłumaczyłem zimnym tonem.

Twarz Daiki stężała. Wspomnienie zniszczonego przez Karanthkarczyków garantańskiego miasta, wspomnienie kultywowane przez nas chyba bardziej niż cała wcześniejsza chwała Tituminirigomby, zniszczyło cały nastrój. Musiałem odezwać się za głośno, bo nawet wokół nas rozmowy zamilkły.

- I naprawdę nigdy nie zapomnicie? – fuknął BJ. – Będziecie się tak boczyć przez kolejne tysiąc lat?

- Ha, wy od dwustu lat nakazujecie reprezentantom naszego kraju pływać po rzece z powodu jednego przejęzyczenia. – odparłem natychmiast. – To tak a propos zapamiętywania.

Tak sobie teraz myślę: czy stosunki między ludźmi wyglądają jak stosunki między państwami? Czy i my nigdy nie zapomnimy? Czy to będzie klątwa moich relacji z Daiką? Czy wspomnienie jednej kłótni zagnieździ się w nas na zawsze, tak jak pamięć dawnej wojny zawsze pozostanie zadrą w dyplomatycznych stosunkach? I czy te wszystkie rozpamiętywane złośliwości, docinki i awantury staną się jak te ambasady, pływające między nami, niemożliwe do usunięcia i przesłaniające nam widok tego, co w drugiej osobie najlepsze?

A na koniec rautu, gdy na chwilę zostaliśmy z BJ-em bez dziewczyn, on nachylił się do mojego ucha i syknął bez cienia sympatii:

- I my też nigdy nie zapomnimy, prawda? O tym naszym wcześniejszym spotkaniu… i o tym, co mi wtedy obiecałeś.

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano | Skomentuj

Wpis 19 Siostrzany egzamin

[Dziennik Sairin Akarakti] Powracam do pisania dziennika po latach, bo dziś nagle poczułam, że moje życie znowu staje się ciekawe. Może zawsze było, tylko tego nie zauważałam. W każdym razie, na pewno pozwoli mi to pozbierać myśli.

Pierwsze pomieszczenie sali jest niemal zupełnie ciche, poza miarową stukaniną klawiatur, okazyjnym klikaniem myszek i zduszonymi kaszlnięciami. Kiedy jednak ma się dar empatii – szczególnie kobiecej – albo po prostu kiedy wie się, co tu się dzieje, łatwo wyczuć w sali buzujące uczucia i napięte struny oczekiwania. W drugiej sali, będącej po prostu zwykłą knajpką, struny pękają, ale uczucia doprowadzane są do wrzenia – albo wygaszane rozczarowaniem.

Widziałam wyraźnie, że Alantar – naczytawszy się jego bloga, nie mogę myśleć o nim inaczej niż ,,Assawim’’ – nie ma ochoty się ze mną spotkać. Zgodził się tylko dlatego, że ma nadzieję poprzez mnie dotrzeć do Daiki. I w tym zresztą tkwił cały sens tego spotkania.

- Powinieneś spytać się mnie, czemu wybrałam to miejsce. – zacząłem zaraz po powitaniu.

- Nic mnie to nie interesuje. – stwierdził chłodno. Alantar nadal nie może pogodzić się z faktem, że Daika mu nie wybaczyła. Chyba oboje zaczęliśmy te rozmowę cokolwiek obcesowo. Ja w każdym razie zignorowałem jego odpowiedź i zaczęłam tłumaczyć.

- Pierwsza sala może wyglądać jak zwykła kafejka internetowa, ale jest czymś więcej. Ludzie w tej sali się w pewnym sensie znają. Jak wiesz, ludzie w Karanthkarze coraz częściej poznają się przez Internet. Ale kiedyś trzeba przełamać te pierwsze lody i spotkać się naprawdę. Dla wielu z nich to jest bardzo trudne. Zaczynają zatem od jedynej formy, jaką znali. Mówi się na to: e-randka. Umawiają się w najpierw w sali komputerowej i jeszcze nie wiedząc, kim jest ta druga osoba, rozmawiają ze sobą przez Internet, siedząc w tym samym pomieszczeniu. Spójrz przez szybę – widzisz emocję grające na ich twarzach? Ta banda osób żyjących głównie w świecie wirtualnym musi wreszcie zdobyć się na odwagę, by spytać tej drugiej osoby: ,,Gdzie siedzisz? Jak wyglądasz?’’. Można też bawić się w zgadywanki: ,,Czy jesteś tym przystojnym brunetem siedzącym pod oknem’’? (Ale co jeśli nim nie jest i ucieknie w poczuciu własnej brzydoty?). I wreszcie trzeba zadać sobie to najważniejsze pytanie: ,,Czy chcesz przejść do drugiej sali?’’

- Czy wiesz – zakończyłam moje wyjaśnienia – że wiele osób nie wytrzymuje presji? Opuszczają pierwszą salę bez odnalezienia tamtej osoby. Kontakt zostaje zerwany lub na zawsze pozostaje ograniczony do sfery Internetu. Nawet niektórzy spośród tych, którzy przechodzą do drugiej sali, zabierają ze sobą komputery, chcąc rozmawiać przez Internet i siedzieć twarzą w twarz.

- Współczesna karanthkarska kultura mnie nic a nic nie interesuje. – burknął. – I po co w ogóle my tu się spotykamy?

- Ach, ale powinna cię interesować. Po pierwsze, bo jest mimo wszystko przedłużeniem kultury sprzed setek lat, którą ty się zajmujesz. Po drugie, bo tu mieszkasz i kontaktujesz się z Karanthkarczykami i chcąc nie chcąc, musisz się z nami kontaktować. Udajesz, że nie chcesz, ale w wypadku Daiki bardzo chcesz. – Na wzmiankę jej imienia twarz Alanatara drgnęła, szarpnięta kilkoma uczuciami jednocześnie. – Wspominała Ci o siostrzanym egzaminie?

- Kazała się dowiedzieć, co to jest. – wzruszył ramionami. – Słyszałem jakieś plotki, ale nie chciało mi się sprawdzać. Już mówiłem Daice: nie interesują mnie te współczesne wymysły, które na wyrost nazywacie ,,kulturą’’. O nie, to nie jest żadna kultura, to jej koniec, brak, degradacja.

Słuchałam go ze spokojem, znając jego opinie od Daiki. Wodziłam palcem po brzegu szklanki, a kiedy zakończył swoją krótką tyradę, z sadyzmem zabójcy wymierzyłam mu nasz starannie zaplanowany cios:

- Siostrzany egzamin polega na tym, że jedna kobieta spotyka się z mężczyzną w imieniu swojej przyjaciółki. Jeśli chcesz, by Daika Ci wybaczyła i dała drugą szansę, musisz zacząć spotykać się ze mną.

Twarz Alantara stężała od gniewu. Wstał, a w zasadzie prawie zerwał się, trzasnął krzesłem i warknął podniesionym głosem:

- Wy chyba wszystkie powariowałyście! Najpierw propozycji Daiki a teraz to? – przed następnymi słowami zdążył, na szczęście, ściszyć głos – Jak nie podwójny związek to związek z koleżanką? To ma być jakaś orgia na raty z pozorami obyczajowości?

Zaczął odchodzić od stołu, kiedy niemal zawołałam za nim:

Nie tylko skrzydeł sercu brak, lecz jest więźniem ciała

Tej nici, co czyni ciało matki tak bliskiem

I tak się składa pokoleń fala na fali

Matka z łańcucha swych przodków; ten łańcuch nas skuwa bez mała

Mówią nam: ,,Bądź jeno honorem i nazwiskiem’’

Nie ma innego życia poza tym, które dali.

Nie wiem na ile poruszyła go treść tego cytatu, którzy przecież znał na pewno. Chodziło raczej o formę. (W tłumaczeniu na karanthkarski ten fragment wiersza nie brzmi już tak dobrze)

- Ty… znasz  garantani? – wydukał, zatrzymując się w pół kroku i patrząc na mnie w oszołomieniu.

To kolejna rzecz, o której uprzedzała mnie Daika, pozwalając mi dobrze przygotować się na rozmowę z Panem Profesorem Alantarem. Jest tak pewny własnej wiedzy i mądrości, że trudno mu przewidzieć, co mogą wiedzieć i rozumieć inni ludzie. To sprawia, że bardzo łatwo go podejść. Od tego momentu rozmawialiśmy już w jego języku.

– A co to, jakiś szyfr? – powiedziałam możliwie najbardziej obojętnym tonem (Alantar wrócił do stołu) – Dwa lata lektoratu na studiach. Traktowałam to tylko jako coś do zaliczenia, obowiązek jak każdy inny, ale teraz, przyznaję, przydaje mi się w pracy.

- To Ty tłumaczyłaś mój blog Daice? – spytał niepewnie.

- Jasne. I bardzo lubię ten wiersz. Anan-Khoa Arażawi to jedna z moich ulubionych poetek. I lubię, jeśli tak można powiedzieć, jej dzieje.

Alanatar nie potrafił wyjść z szoku. Oczywiście do teraz uważał, że jako przeciętna Karanthkarka nie mam prawa znać się na karanthkarskiej poezji i historii, tak jak chłop nie może znać się na filozofii.

- Tak… – powiedział w namyśle Assawim, czyli Alantar, zaczynając powtarzać fragmenty tej opowieści, jakby cytując formułki zapamiętane za czasów szkolnych. – Anan-Khoa Arażawi, garantańska królewna, po uszy kochała się w szałłackim księciu… wszystko wydawało się iść po myśli młodych kochanków… Anan miał licznych braci i sióstr, dynastia przetrwałaby bez niej… nawet jej matka i ojciec ostatecznie zgodzili się na ich związek, zgodzili przymknąć oczy na ich planowaną ucieczkę… A potem napięcia między Królestwem Szałłik i Garantanem sprawiły, że ich ucieczka mogłaby wywołać wojnę. Nawet wtedy jej matka powiedziała jej, że nocą brama zamku pozostanie otwarta, że może uciekać ze swoim ukochanym, że mogą schronić się na drugim końcu świata..

- …ale Anan zmieniła zdanie. – przerwałam mu, kończąc opowieść. – Nie chciała doprowadzić do wojny między ich państwami. Porzuciła ukochanego i wybrała życie podyktowane przez jej rodziców, poślubiając mężczyznę, którego nigdy nie pokochała. Ale została też poetką, wielokrotnie opisując w wierszach swój smutny los.

- I to była kultura! – huknął Alantar. – I tradycja! Anan-Khoa mała wartości, wiedziała, że to idiotyczne, by w imię jednej miłości zginęły tysiące ludzi!…

- Idiotami byli ci wszyscy ludzie. Cała ich epoka i te tradycje – odparłam od razu. – To wszystko było idiotyczne, jeśli ludzie gotowi byli się zarąbać na śmierć tylko dlatego, że jedna kobieta chciała związać się z mężczyzną o innym herbie, języku i co tam jeszcze.

- A tak, bo ty wolisz tę waszą ,,kulturę’’, a może raczej coolturę. – jego krytyka poszła przewidywalnym torem. – Związek każdego z każdym, baw się i tańcz, lalala. To pomieszanie pojęć. ,,Kultura młodzieżowa’’, ,,kultura danej muzyki’’, ,,kultura danej subkultury’’ – to są wszystko nadużycia terminu ,,kultura’’. To są mody, nie kultury.

- Spójrz na to z drugiej strony. Dla Ciebie te współczesne kultury, czy mody, czy jakkolwiek je nazwiesz, nie mają nic wspólnego z poprzednimi tradycjami, tak? Jakby coś pękło, dawne tradycje wyparowały, powstała próżnia, z której w jakiś cudowny sposób zrodziły się nowe obyczaje. Otóż mylisz się. Spójrz jeszcze raz na tych ludzi w pierwszej sali. Zastanów się, czy to przypadek, że w Karanthkarze – i, nie oszukujmy się, w tym Twoim Garantanie też – jest tak dużo ludzi, którzy już nie potrafią pogadać z drugą osobą inaczej niż chowając się za ekranem?

- Temu właśnie winne jest współczesne społeczeństwo!

- Czekaj czekaj, ptaszyno – to dawne społeczeństwo było lepsze? Mówisz o tym, w którym kobieta nie widziała na oczy swojego męża aż do dnia ślubu? O tym, w którym wszystkie małżeństwa były zaaranżowane? O tym, w którym tradycje zakazywały mężowi i żonie mówić wszędzie o wszystkim? O tym, w którym związki przed ślubem mogły być nie tylko naganne społecznie i religijnie, ale zakazane prawnie? O tak, tamci ludzie na pewno umieli ze sobą rozmawiać!

- Ale rozmawiali, bo nie było nic innego! Nie było Internetu!

- Och, to uważasz, że Internet zabił rozmowy? Ludzie są niewinni? Wódka upiła człowieka? Nie znasz statystyk? Wiesz, jakie nacje korzystają najwięcej z internetowych stron matrymonialnych? Te, w których najdłużej utrzymały się tradycje zaaranżowanego małżeństwa. Tak, kochasiu, dlatego my, Karanthkarczycy i wy, Garantańczycy, jesteśmy na pierwszych miejscach jeśli chodzi o związki przez Internet. Dlatego to u nas i u e-randki kwitną bardziej niż gdziekolwiek w okolicy. Bo to tradycje nie nauczyły nas ze sobą rozmawiać.

- Bzdura! Ci sami ludzie, którzy bawią się w takie rzeczy, mają zazwyczaj tradycje jak najgłębiej w poważaniu. A te nowe wymysły stanowią  ładne fasady dla ogólnego poróbstwa. Internet pozwala ,,spotykać się’’ z wieloma osobami jednocześnie. Podwójne związki pozwalają orgietki nazwać obyczajem. Zastanów się, dlaczego w dzisiejszych czasach nie urodziła się żadna poetka na miarę Anan-Khoa Arażawi. Bo nie ma już prawdziwej miłości!

- Och tak, bo jej miłość to była prawdziwa! Prawdziwa – tylko niespełniona! To faktycznie wielkie osiągnięcie tamtego świata!  – zadrwiłam. – I może o to ci chodzi: oddzielmy ludźmi obyczajowością, to będą nieszczęśliwi i z tych tonu żal powstanie nowa poezja, czy tak? A skoro już jesteśmy przy Anan, której poezję tak oboje lubimy, to zwracam Ci uwagę na pewną paralelę. Dzisiejsza kultura, której tak nie uznajesz, chwali wolny wybór młodych, mezalians prztykający w oburzone nosy całej rodziny. Widać to w filmach i książkach. A w czasach Anan? A przedtem? A potem? Przejrzyj sobie poezję całego świata, panie psorze, a zawsze i wszędzie odnajdziesz w niej wątek miłości z wyboru, wątek pary schodzącej się mimo przeciwności losu i odmiennego pochodzenia. Anan się poddała, ale ona i inni pasjami opisywali fikcyjne związki, w których jakość miłość zawsze zwyciężała nad konwenansami i tradycjami. Zupełnie jak w dzisiejszych karanthkarskich filmach, nieprawdaż? Nie przyszło Ci do głowy, że gdyby Anan urodziła się naszych czasach, to byłaby zwyczajnie szczęśliwa?

Miałam tę myśl w głowie od dawna i dzięki temu przycisnęłam go tak dobrze, że postanowił uciec w inny argument, wpadając tylko z jednej pułapki w drugą.

- No… może jest w tym trochę racji. – przyznał najpierw, po czym zaraz dodał – Ale tu mówisz o samej miłości i wyborze drugiej osoby. Jednej osoby! Anan nigdzie nie chwaliła jakichś orgiastycznych eksperymentów, tych współczesnych zabaw i mód jak podwójny związek czy siostrzany egzamin.

- Czyli siostrzany egzamin to tylko zabawa i moda?

- Oczywiście. A nawet gorzej. To hedonizm udający modę. Ale to nie moda, bo z tego się nie wykaraskacie. To jak moda na narkotyk – moda się kończy, ale uzależnienie pozostaje.

Wtedy wymierzał drugi, równie precyzyjnie zaplanowany cios.

- …A zatem nic nie zrozumiałeś. Dotąd nie dotarło do Ciebie, że Daika nie chce być z BJ-em, tylko z Tobą?

Alantar, nazywający siebie w Internecie (którym tak gardzi) Assawimem, poczerwieniał i otworzył usta i trwał w tej idiotycznej pozie dłuższą chwilę. To pozwoliło ma na spokojnie objaśnić sytuację i zakończyć rozmowę.

- Daika tak bardzo chciała, żebyś dowiedział się, czym jest siostrzany egzamin, a ty jak na złość nie chciałeś tego zrobić. Żuczku, ona wysyłała ci sygnały. Siostrzany egzamin jest wtedy, kiedy dwie przyjaciółki – tak bliskie sobie, że nazywają siebie siostrami – pomagają sobie w sprawach sercowych. Przypuśćmy, że jedna z nich, taka jak ja… – zawahałam się chwilę, zanim tym razem wymierzyłam solidny cios samej sobie – …brzydka raszpla, za puszysta o co najmniej pięćdziesiąt kilo, na którą żaden facet nawet nie splunie, podkochuje się w takim świetnym kolesiu jak BJ. Nigdy nie ma u takiego szans, ale jej przyjaciółka, taka jak seks-bomba Daika Innit, może go uwieść. BJ to mój kolega z pracy – Daika mówiła Ci o tym? A mimo to nigdy na mnie nie zwracał uwagi. Gdyby jednak Daika zaczęła spotykać się z BJ-em… wtedy byłoby dużo okazji, by chadzać gdzieś wspólnie, w paczce znajomych. I dopiero wtedy taki facet jak BJ może w ogóle zauważyć taką kobietę jak ja. I to się właśnie dokonuje… to jest, nie wiem, co BJ o  mnie myśli, ale przynajmniej wie o moim istnieniu i spotkaliśmy się w gronie znajomych wiele razy.

(Dlatego zawsze w tej sytuacji myślę o tym wierszu nieszczęsnej królewny Anan. Jestem więźniem mojego ciała, nie wykaraskam się z tej mojej okropnej formy. To ,,nić, która czyni ciało matki tak bliskim’’. Ale i tak kocham ją, wraz z jej fizycznym dziedzictwem – nie ma innego życia, poza tym, które mi dała. I myślę o Daice jako o Anan – poświęcającej własny związek dla innych.))

- Dla.. dla.. dlaczego Daika mi o tym nie powiedziała? – jęknął Alantar/Assawim.

- Przecież próbowała, głupku! Ale spróbuj zrozumieć jej sytuację. Wyobraź sobie, że powiedziałaby Tobie: ,,Wiesz, spotykam się z innym facetem, ale to tylko na razie, bo w zasadzie to próbuję go rozkochać w mojej przyjaciółce.’’ Uwierzyłbyś jej? A co miała powiedzieć BJ-owi? ,,Będę na razie z Tobą chodziła, póki nie pokochasz Sairin.’’ Każdy z was uciekłby gdzie pieprz rośnie! Daika była w bardzo trudnej sytuacji. Uznała, ze lepiej będzie wam zaproponować podwójny związek i nazywać was rywalami. Miała nadzieję, że to cię zmobilizuję do walki, a ty zamiast tego stchórzyłeś…

- Nie stchórzyłem! Miałem zaakceptować…

- Kochasz Daikę? I wolałeś utracić szansę na jej miłość zupełnie zamiast zaakceptować połowę jej miłości z nadzieją na całość?

Milczał.

- Zrozum, że to tymczasowe rozwiązanie. Daika porzuci BJ-a, gdy on wykaże zainteresowanie mną. Widzisz, to siostrzany egzamin w więcej niż jednym sensie. Będziemy mieć siostrzane związki. Będziemy razem chadzać w jak najwięcej miejsc. Będziemy mieć okazję, żebyś mógł pokazać Daice, jakim jesteś świetnym facetem, a ja będę starać się pokazać BJ-owi, że jestem świetną babką. Kiedy BJ mnie zauważy, Daika rzuci go, oskarżając o zdradę. Daika w udawanym rozżaleniu pójdzie w Twoje objęcia. W zasadzie w Ty w tym układzie ryzykujesz najmniej, a Daika najwięcej. Zrozum to i pomóż jej. A pomóc jej i mi możesz tylko poprzez pomaganie mi – pokazując BJ-owi, że jestem super. I w tym szansa nas wszystkich.

- Sprytnie to sobie wymyśliłyście. – mruknął skonfundowany Alantar.

- A jak! Jesteśmy kobietami! – zaśmiałam się. – Przez całe stulecia kobietami rządzili faceci a facetami kobiety. Musimy starać się tak kombinować, żebyście myśleli, że to Wy nas zdobywacie, bo to poczucie jest Wam potrzebne. Przypomnij mi, kto powstrzymał wojnę między Garantanem a królestwem Szałłak w czasach Anan-Khoa Arażawi? Jej matka, która przekonała córkę, męża i wszystkich dookoła, że w imię tego związku nie warto się mordować. Gdyby to zależało od jej ojca Anan, króla, to dzieci w szkołach Twojego kraju uczyłyby się o jednej wojnie więcej i wątpię, czy wygranej…

Zaraz jednak zmieniłam ton i trąciłam go lekko kolanem pod stołem.

– Ale przecież nie jedziemy na żadne zesłanie, prawda? Możemy się przy okazji dobrze bawić…

Alantar przez dłuższą chwilę zastanawiał się, wspierając zaciśnięte usta na zaplecionych dłoniach. Aż wreszcie odpowiedział krótko:

- Zgadzam się.

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek. Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis: http://www.polska-azja.pl/2015/02/05/kiss-me-czyli-zrob-mi-zdjecie-o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano , | Skomentuj

Wpis 18 Zdjęcia (nie)zmyślonych krajów [podsumowanie historii dotąd]

Dziś wpis poza fabułą, kolejnością i właściwą formułą. Pozwoli on jednak na podsumowanie poznanej dotąd historii.

Jak widać, w nagłówku bloga przewijają się różne krajobrazy, które zmieniają się losowo przy każdym wejściu na stronę. Te zdjęcia odgrywają rolę pejzaży opisanego w blogu świata. Poniżej przedstawiam głównych aktorów i ich role (tek w sensie krajobrazów, jak i postaci). Większość zdjęć jest moja lub znajomych mi osób. Niektóre pobrałem z Internetu i w tym wypadku są na licencji Creative Commons.

1.Karanthkar. Karanthkar to górzysty, a mimo to bardzo rozwinięty kraj w sercu kontynentu. Jest też dość wyjątkową demokracją, gdyż nad ustawami głosują wszyscy obywatele (wpis 13). Mają oni zapewnione rozległe prawa i przywileje, chociaż niektóre z tych rozwiązań budzą kontrowersje (wpis 7 i wpis 13). Uważają swój kraj za wyjątkowy, wielu z nich jest niechętna obcokrajowcom i po części wykazują mentalność oblężonej twierdzy (wpis 2 i wpis 3), chociaż równocześnie współcześni młodzi Karanthkarczycy są liberalni, pokojowo nastawieni i coraz bardziej rozluźniają obyczajowe normy (wpis 15).

Pejzaże Karanthkaru udają:

- polskie Tatry [zdjęcia moje]

cropped-Tatry.jpg

- Szwajcaria [zdjęcie mojego brata]

cropped-Karanthkar-Szwajcaria.jpg

- i Tybet [zdjęcia moje bądź towarzyszących mi osób]

cropped-Karanthkar-Tybet.jpg

cropped-Karanthkar-TYbet.jpg

2.Tanthawastu. Większość akcji bloga rozgrywa się w stolicy, Karanthkaru, Tanthawastu. Tam mieszka większość głównych bohaterów: Assawim, Daika, BJ i Sairin. To rozległa metropolia składa się zarówno z części zabytkowych, ale zazwyczaj dobrze zadbanych (Pierwsze, Drugie, Trzecie i Czwarte Miasto), jak i dzielnic bardziej nowoczesnych (Piąte, Szóste i Siódme Miasto).

Assawim Fannadina wykłada na jednej ze stołecznych uczelni. Tak naprawdę nazywa się Alantar Annari. Assawim Fannadina to imię, które przyjął zakładając swój Blog o Wymyślonym Kraju. Choć jest obcokrajowcem, zajmuje się średniowieczną poezją karanthkarską, zna zatem miejscowy język, chociaż nie do końca we współczesnej wersji. Trochę z tego powodu, ale trochę z lenistwa i poczucia wyższości wobec ludzi niewykształconych Assawim udaje zazwyczaj, że nie zna języka w ogóle. W jednym z pierwszych wpisów (wpis 3) rozdziela bijących się chłopców, po czym po pojawieniu się policji udaje, że nie jest w stanie złożyć zeznań. Pomaga mu fascynująca go (wpis 1) sąsiadka, Karanthkarka Daika Innit (wpis 4). Oboje decydują spotkać się ponownie i ku zaskoczeniu Assawima Daika zabiera go do restauracji, gdzie nie wolno rozmawiać (wpis 5). Potem dwójka zaczyna się regularnie spotykać i to jest dla nas okazja, by wraz z nimi nieco pozwiedzać Tanthawastu (wpis 9 i wpis 12).

Tanthawastu poznajemy też trochę dzięki samotnym wędrówkom Assawima – na plac Trantawigar (wpis 1) i do Muzeum Alternatywnych Historii (wpis 3). Dwa kolejne miejsca poznajemy przy okazji spotkań Daiki z innym mężczyzną, BJ-em (wpis 2 i wpis 14).

W roli Tanthawastu występują:

- Inverness, Szkocja [zdjęcie żony bądź moje]

cropped-Inverness-Obraz-430.jpg

- Barcelona [zdjęcie żony bądź moje]

cropped-DSCF5004.jpg

- Rzym [autor: Jebulon, na licencji Creative Commons 1.0][
http://commons.wikimedia.org/wiki/File%3ASant’Angelo_bridge%2C_dusk%2C_Rome%2C_Italy.jpg
]

cropped-Tanthawastu-Rzym-autor-Jebulon-Creatice-Commons-0.jpg

[By Jebulon (Own work) [CC0], via Wikimedia Commons]

- i Osaka, Japonia [zdjęcie moje – lepsze niestety nie chciały się wgrać]

cropped-20150115_212510.jpg

3.Dolina Kalawardis. W przerwie między spotkania z Daiką Assawim/Alantar udaje się na zachód od Tanthawastu do doliny Kalawardis. Tam wygłasza wykład, który rozpoczyna koncert średniowiecznych karanthkarskich pieśni miłosnych (wpis 8). Assawim przemawia wówczas po karanthkarsku a cały koncert jest transmitowany w telewizji. W swoim zadufaniu nie bierze pod uwagę, że w telewizji może zobaczyć go Daika a tak się właśnie dzieje (wpis 9). Daika decyduje się nie zdradzić się ze swoją wiedzą. Ciągle testuje Assawima i oczekuje, że wyzna prawdę sam, czego on nie robi.

W roli doliny Kawalawardis również występują polskie Tatry [zdjęcie moje]:

cropped-Tatry-2.jpg

Daika też nie jest do końca szczera z Assawimem/Alantarem. Ukrywa fakt, że równocześnie spotyka się z BJ-em, kolegą z pracy jej przyjaciółki, Sairin (wpis 2). Dotąd nie dowiedzieliśmy się, jaką pracę wykonują Daika a jaką Sairin i BJ. Wiemy tylko, że BJ jeździ tirem. BJ zastawia się wizerunkiem babiarza i ksenofoba, ale, jak się z czasem przekonujemy, jest samotny i nie był z nikim w prawdziwym związku (wpis 6) a obcokrajowcom potrafi jednak okazać szacunek i udzielić pomocy (wpis 16). Daika dostrzega zalety i wady zarówno BJ-a jak i Assawima (wpis 5), ale nie jest to jedyny powód impasu w tym trójkącie (drugi powód poznamy w następnym wpisie). Ostatecznie Daika decyduje się na związek z obydwoma mężczyznami jednocześnie, co w Karanthkarze jest przyjęte (wpis 14 i wpis 15). Assawim odmawia, a kiedy wyraża swoje oburzenie, Daika wypomina mu, że opisał ich spotkania na blogu i ukrywał przed nią znajomość jej języka (wpis 15).  Assawim zawiesza bloga i prosi Daikę o wybaczenie. Dalszy rozwój wypadków w tym wątku mamy poznać wkrótce.

4.Garantan. Assawim, czyli Alantar, pracuje w Karanthkarze, ale wywodzi się z Garantanu, kraju graniczącego z Karanthkarem od północy. Drugą osobą wywodzącą się z Garantanu jest Rabawian Taktamarra, gwiazda tamtejszej policji, który w Karanthkarze poszukuje porywacza jednej garantańskiej rodziny (wpis 7). Śledztwo Rabawiana rozgrywa się w tym samym czasie, w którym w Tanthawastu pracuje Assawim/Alantar (ale my czytamy o nim jako retrospekcji, z książki wydanej przez Rabawiana kilka lat później). W poprzednim wpisie przeczytaliśmy też list podpisany przez żonę Alantara, Irrandi i wymieniający ich dwie córki (wpis 17). Adres listu wskazuje na to, że został wysłany z Ertagu w Garantanie.

Garantan jest państwem znacznie większym i gęściej zaludnionym niż Karanthkar, ale też mniej rozwiniętym, borykającym się z problemami takimi jak przestępczość i korupcja. Jest jednak bardziej tradycyjny i mniej skażony problemami współczesnej cywilizacji i między dlatego Assawim/Alantar  jest tak rozdarty między dwoma państwami. Nawet BJ, na zewnątrz zajadle nienawidzący obcych Karanthkarczyk, skrycie lubuje się w garantańskim chlebie i ludowej mądrości (wpis 16).

Nagłówek bloga informuje nas, że Assawim/Alantar wywodzi się z krainy Ertagu w Garantanie, ale jak dotąd nic więcej na jej temat się nie dowiedzieliśmy. Poza tym pojawiła się wzmianka o suchym, półpustynnym północnym Garantanie, przez który BJ jechał jeszcze dalej na północ, do gorącej Krainy Wydm (wpis 16).

W roli północnego Garantanu występuje Tybet (zdjęcie moje).

cropped-Północny-Garantan-Tybet.jpg

Kilkakrotnie pojawia się także wzmianka o garantańskim mieście Tituminirigomba. Leży ono na południu, bliżej granicy z Karanthkarem. Przez nie przejeżdża BJ, jeżdżąc po Garantanie ze swoimi transportami (i zahaczając o swoją ulubioną piekarnię). Tituminirigomba, do dziś największe miasto południowego Garantanu, było niegdyś jednym z najbardziej kwitnących miast kontynentu, dopóki ponad stulecie temu nie spalili go Karanthkarczycy (wpis 3). Tego Garantańczycy do dziś nie mogą Karanthkarczykom wybaczyć.

W roli Tituminirigomby występuje Udajpur (Indie)[zdjęcie moje bądź towarzyszących mi wówczas w podróży osób].

cropped-Tituminirigomba-Garantan.jpg

5.Wewnętrzne Morze. Wewnętrzne Morze jest tak naprawdę jeziorem w granicach Karanthkaru i jednym z ulubionych miejsc jego mieszkańców. Wewnętrzne Morze odegrało ważną rolę w dotychczasowej fabule. Jadąc nad nie, Assawim/Alantar miał wypadek, w którym omal nie zginął (wpis 10). Jego samochód uderza w barierkę unikając zderzenia z tirem, którym okazał się kierować BJ (wpis 16). BJ ratuje Assawima, za co ten drugi obiecał się odwdzięczyć. Dotąd żaden z nich nie zdaje sobie sprawy, że rywalizują o tę samą kobietę.

Badający później miejsce wypadku policjanci odnajdują w zgubionej kurtce zdjęcie porwanej garantańskiej rodziny, której poszukuje Rabawian i przekazują mu zdjęcie (wpis 11). To dla Rabawiana wskazywałoby, że porywaczem mógł być jeden z uczestniczących w wypadku kierowców, to jest BJ lub Assawim. W jednym z ostatnich wpisów Rabawianowi udaje się dotrzeć do ciężarówki BJ-a i zapisów jego podróży (wpis 16), jak dotąd jednak Rabawian nie spotkał się z żadnym z pozostałych bohaterów.

Rolę Wewnętrznego Morza odgrywa jezioro Garda (Włochy)[autor: Softeis, na licencji Creative Commons 3.0]

cropped-800px-Gardasee-111.jpg

6.Inne kraje. Inne państwa w regionie są tylko sporadycznie wspominane, przy okazji tematów historycznych (wpis 3) i wojaży BJ-a (wpis 16). Szerzej wspominany jest tylko Garantan. Przy okazji wpisu 16 geografia zostaje trochę dokładniej nakreślona: na północ od Karanthkaru leżą Addawas i Garantan, na wschodzie Szałłik, na południu Federacja Qaf, na zachodzie Galabarn. Na północnym zachodzie, za Galabarn, leży Kraina Jezior (której zdjęcia Daika podziwiała w jednym z pierwszych wpisów: wpisie 2). Za nią znajdują się krainy, z których nie wolno sprowadzać czarodziejskich istot i przedmiotów (Karahia, Aondal, Gżwrm i Kresy). Na wschód, za Szałłik, leżą państwa Kalannakich.

Większość tych państw nie odgrywa żadnej roli w historii. Warto tylko zauważyć, że Szałłik było niegdyś potężnym i wielkim państwem (zanim rozgromili je Kalannaki, wpis 3). Dziś jego znaczenie jest znacznie mniejsze, nadal jednak język szałłacki ma status lingua franca w większości zakątków kontynentu. Występujący w historii obcokrajowcy (jak Rabawian i Assawim/Alantar) przebywając w Karanthkarze zazwyczaj porozumiewają się z miejscowymi po szałłacku.

Na pewno będzie jeszcze okazja, by ,,wrzucić’’ pejzaże z innych krajów – kiedy te już się opatrzą. Na razie jedynym dodatkiem jest jeden krajobraz z górzystego, ale niżej położonego sąsiada Karanthkaru – Galabarn.

[W tej roli Chiny, okolice Pekinu. Zdjęcie moje lub towarzyszących mi w podróży osób.]

cropped-Addawas-Chiny.jpg

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek (dzisiejszy wpis był poza tą kolejnością). Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis: http://www.polska-azja.pl/2015/02/05/kiss-me-czyli-zrob-mi-zdjecie-o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano , , , | Skomentuj

Wpis 17 Drogi Mężu

Od: Irrandi Annari                                                                                               Do: Alantar Annari

Ulica Różana 14 m. 57, 44-56 Kadauksis                 Sektor Ósmy, Piętnasta Przecznica, Blok 49, m. 120

Ertagu, Garantan                                                    Piąte Miasto, Tanthawastu, Karanthkar

 

Drogi Mężu,

U nas wszystko dobrze. Dzieci są zdrowe. Eilin ostatnio mniej narzeka na szkołę i chętniej uczy się szałłackiego. Aksi nadal rozrabia tak samo i za nic nie mogę jej przymusić, by sobie sprzątała. Jej bałaganiarstwo to jak nic Twoja krew.

Ciesze się, że u Ciebie w pracy wszystko dobrze i że projekt o tym czternastowiecznym poecie karanthkarskim jest już na ukończeniu. Będziesz mieć chwilę oddechu. Aha, pieniądze doszły.

Miło, że ambasada nie pominęła Cię i zaprosiła na rocznicę Dnia Koronacji. Pójdź koniecznie, porozmawiasz we własnym języku, zjesz naszych dań. To zawsze miło spędzić czas z rodakami (a przy okazji będziesz mógł wreszcie zobaczyć ambasadę – sam wiesz, jaki to niezwykły budynek, a w zasadzie miejsce, jeśli tak można powiedzieć). Nie zapominaj o Garantanie. Jesteś częścią nas, nie tylko naszej rodziny, ale i naszego kraju. Tu są Twoje korzenie i wszyscy pragniemy Twojego rychłego powrotu. Inaczej ten zgniły Karanthkar Cię w końcu urobi i zepsuje.

Rozumiem, dlaczego porzuciłeś Blog o Wymyślonym Kraju. Owszem, nie podobało mi się w nim kilka rzeczy, ale w zasadzie drobnych. Przede wszystkim imię, które sobie wymyśliłeś. Assawim Fannadina? Od razu przed oczami staje mi jakiś herbowy wymoczek, jakiś chudy, wypudrowany szlachcic sprzed stu lat (zaraz pewnie mnie poprawisz, że ,,raczej sprzed stu pięćdziesięciu’’ czy coś takiego). Twoje prawdziwe imię, Alantar Annari, brzmi dużo lepiej, ale rozumiem doskonale, że nie mogłeś go użyć. Chodzi mi tylko o to, że od początku powinieneś był wykoncypować jakieś lepsze!

Na zmianę imienia jest już za późno, ale na uratowanie bloga jeszcze nie. Teraz właśnie, za sprawą ostatnio opisanych spraw, zaczynał być popularny. Tu go czytają; jak Garantańczycy jadą do Tanthawastu, to niejeden udaje się na Trantawigar zobaczyć spektakl Taniec bez Dotyku, który Ty jako pierwszy rozreklamowałeś. To już nie jest niszowe przedstawienie, prawda? Wiem, że posunąłeś się za daleko w opisach spraw osobistych. Ale uważam, że powinieneś spróbować znaleźć jakiś złoty środek – dalej prowadzić blog, aby nie stracić raz zdobytych czytelników, ale ograniczyć kwestie prywatne.

Drogi Mężu, nazywam się Drogim też dlatego, że nasza korespondencja jednak ciut kosztuje – może nie tyle pieniędzy, co zachodu. Nie rozumiem, dlaczego upierasz się przy tych papierowych listach w dobie Internetu. Ale wiem wiem, Ty musisz mieć tą swoją szufladę z kolekcją listów od nas. Może to i dobrze – w ten sposób nie zapomnisz.

Informowałeś mnie mi jakiś czas temu, że zgubiłeś coś ważnego. Co to było, bo zapomniałam ? I co ważniejsze – znalazło się?

Całuję Cię i nasze córki też Cię całują.

Na zawsze Twoja,

Irrandi

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano , | Skomentuj

Wpis 16 Cyfrowa mapa uczuć

[Adnotacja pierwsza: Ten wpis wymaga pewnych wyjaśnień. Jeden czytelnik prosił mnie bowiem o mapę, która pozwalałaby lepiej wizualizować sobie opisany świat. Mapy wolę jednak nie rysować, bo wyszedłby z tego może i czytelny, ale mało estetyczny bohomaz, który być może niewiele pomógłby w wizualizacji. Zamiast tego wolę geografię trochę opisać i mam nadzieję, że to pomoże w wyobrażeniu sobie mapy, jak i świata jako takiego. Przyznaję, że prośba pojawiła się już dość dawno temu, ale potrzebowałem czasu, by wykombinować, jak wpleść taki opis geografii w fabułę i jaką formę mu nadać.]

[Adnotacja druga: A oto i forma. Karanthkarska technologia pozwala na tworzenie cyfrowych albumów z własnymi komentarzami. Po pierwsze, skonstruowano aparaty fotograficzne, które nosi się jak nakładkę na oko, na podobieństwo połowicznych okularów. Cyberneuronowe łącze pozwala reagować na odpowiednie sygnały umysłu i od razu robić zdjęcie. Urządzenie, nazywane aparatem neuroniczym (młodzież i tak mówi na niego ,,fotoko’’), wyposażone jest też w szereg innych opcji, między innymi nagrywanie swoich wrażeń, dzięki czemu podróżny może w zasadzie na bieżąco rejestrować i obserwowane widoki i swoje spostrzeżenia.]

Rabawian Taktamarra

Dziesięć rozwiązanych tajemnic. Wspomnienia detektywa

Rozdział V Porywacz rodzin

Po wielu tygodniach kompletnego błądzenia we mgle udało nam się z pomocą karanthkarskiej policji drogowej odnaleźć utracony trop. Na obszarze, na którym doszło do wypadku nie zainstalowano niestety ani kamer ani radarów, a tego dnia na drodze panował bardzo mały ruch. Udało się jednak namierzyć ciężarówkę, która mogła w odpowiednim czasie przejeżdżać przez miejsce, gdzie znaleźliśmy kurtkę ze zdjęciem porwanej rodziny. Kierowca tej ciężarówki wracał z sąsiedniego państwa Addawas po zawiezieniu swojego cennego towaru i zarejestrował się na granicy karanthkarskiej  około południa i zgłosił, że jedzie prosto do stolicy Karanthkaru, Tanthawastu. Na niebezpiecznym stoku nad Wewnętrznym Morzem znalazłby się zatem koło trzynastej, a z relacji innych odnalezionych kierowców wiedzieliśmy już, że barierka była jeszcze nienaruszona około południa i rozbita po czternastej. Nie wyjaśniało to oczywiście, czy kurtka ze zdjęciem porwanej rodziny należała do kierowcy ciężarówki czy drugiego pojazdu.

W Tanthawastu odnaleźliśmy firmę, do której należała ciężarówka i ustaliliśmy personalia kierowcy. Jeszcze zanim namierzyliśmy jego samego, wewnątrz pojazdu natrafiliśmy na fotoko, którego używał (w Garantanie i dzisiaj mają je nieliczni, a w Karanthkarze już kilka lat temu stać na nie było byle tirowca!). Właściciel tego fotoka bez wątpienia dużo podróżował. Nitki zaznaczonych na mapie tras rozciągały się w każdą stronę. Kierowca odwiedzał wielokrotnie wszystkie sąsiadujące z Karanthkarem państwa: i te na północy (Addawas i Garantan), i na wschodzie (Szałłik), i na południu (Qaf)  i na zachodzie (Galabarn).

Często podróżował jeszcze dalej. Zdarzyło mu się nawet przemierzyć cały, wielokrotnie przecież większy od Karanthkaru Garantan i dotrzeć do leżącej na dalekiej północy gorącej Krainy Wydm. Jeżdżąc na wschód, przecinał szybko niewielkie Szałłik i odwiedzał ciepłe, nadmorskie państwa Kalannakich. Zapuszczał się też na głębokie południe, docierając do zaśnieżonych, południowych stanów Federacji Qaf. Przedostawał się przez górzysty Galabarn, wjeżdżając aż na ziemie niczyje, do Krainy Jezior, stanowiącej umowną strefę buforową między  naszym światem i leżącymi dalej na północny zachód krainami cudów, których nie zgadzamy się importować do naszych państw. Za tą granicą czarów i dziwactw leżą mała Karahia, potężny Aondal, bogate Gżwrm i niezwykłe Kresy.

Przemierzając samotnie setki kilometrów kierowca najwyraźniej rozmawiał ze sobą, niejednokrotnie rejestrując te dywagacje na swoim urządzeniu. Odsłuchałem sporą część tych nagrań i w jakimś sensie była to też podróż dla mnie, zarówno przez te wszystkie miejsca jak i jego myśli i opinie. W pierwszej chwili uznałem go za typowego przedstawiciela Karanthkaru.

Brudasy! Skarżył się jadąc zatłoczonymi ulicami garantańskich miast, możesz im wystawić śmietnik co metr, a i tak będą rzucać papiery na ulicę. Możesz im powypychać kieszenie chusteczkami, a i tak będą się wysmarkiwać z pomocą ręki.

Nie ma drugiego kraju jak mój Karanthkar, narzekał przemierzając suchy, półpustynny krajobraz północnego Garantanu, Góry nigdzie indziej nie są tak piękne i wysokie. Trawa nigdzie indziej nie jest tak soczyście zielona. Ludzie nigdzie indziej nie są tak dobrze wychowani. Żadne inne państwo nie jest tak bogate i rozwinięte. W zasadzie zatem nie życzę tym zasranym Garantańczykom, żeby się rozwijali. Przecież wtedy Karanthkar nie byłby tak wyjątkowy…

Skacząc po mapie i towarzyszącej jej nagraniach i zdjęciach, zauważyłem jednak, że te pozornie prostolinijny człowiek wstydliwie skrywał w sobie pewną kruchą wrażliwość. Potrafił też  zrewidować swoje poglądy.

Ile jeszcze będę tu stał?, klął na granicy Garantanu z Karanthkarem, Już dwie godziny, żeby wjechać do mojego własnego kraju? To jakiś obłęd! Czy te urzędasy nie rozumieją, że mi się spieszy do domu? Wziąłby jeden z drugim setkę pod stołem i już byłbym w połowie drogi do Tanthawastu. Ale nie, to nie uchodzi, to wbrew prawu, traratata. W tych dzikich krajach na północy, w Addawasie, Garantanie i tych innych, przynajmniej przyjmują łapówki. Co, to źle? No dobra, niby tak, ale to przynajmniej dowodzi jakiejś elastyczności. W Garantanie jak nie chcę czekać w kolejce, to mogę posmarować i od razu jadę dalej. Jasne, że dzięki temu w Karanthkarze jest większy porządek i uczciwość. Ale też przez to dla nikogo, nawet naprawdę potrzebującego, nie zrobią wyjątku. Choćby człowiek im w karetce umierał, oni muszą najpierw ,,dopilnować formalności’’, papier ich mać.

Kiedyś, przemierzając drogę wijącą się między postrzępionym białymi skałami wybrzeżem Prawdziwej Republiki Kalannakich a błękitną równiną Oceanu Wschodniego, przyznał: Rany, no, ależ tu pięknie. Mógłbym tu stanąć i cały dzień gapić się  w ten ocean. Dobrze, że przynajmniej w fotoku zachowam zdjęcia. Tu jest nawet piękniej niż nad… Nie no, nie jest. Oczywiście, że Wewnętrzne Morze w Karanthkarze to najpiękniejsze morze świata. Co z tego, że nie jest morzem? Co z tego, że nie jest tak ciepłe jak woda tutaj?… No, po prostu jest piękniejsze i do niego tęsknię. Bo jest nasze, karanthkarskie. I niech się odpieprzą ci, co mówią, że to średniej wielkości jezioro. Karanthkar to jedno z nielicznych państw w okolicy, które nie ma dostępu do oceanu. Musimy mieć swoje morze, jakie by nie było, choćby wewnętrzne.

Jeszcze innym razem przyznał: Ależ świetny chleb dzisiaj jadłem. Pięćdziesiąt kilometrów na północ od Tituminirigomby, głównego miasta południowego Garantanu, jest w prawo zjazd na Kartawali i wystarczy tam wjechać kilometr w głąb i w pierwszej wsi będzie po lewej taka zwykła, garantańska piekarenka, jedno piętro, pobielane ściany, czerwony dach. Prowadzi ją staruszek, który piecze tylko jeden chleb, żadnych tam pączków i bułek. Ten sam chleb od trzydziestu pięciu lat. Ale jaki! Żal mi go, że musi pracować, bo skórę ma już suchą i popękaną jak te bochny. W moim kraju byłby już dawno na emeryturze. Ale też co to byłaby za strata – nie piekłby wtedy tej piekarni. Jedno muszę przyznać – takiego chleba w Karanthkarze już nigdzie nie ma. Normalnie unikam rozmów z tymi dzikimi Garantańczykami, ale jakoś się nie mogłem powstrzymać, by go o coś nie spytać. Spałaszowałem pół jeszcze ciepłego bochenka na sucho i jakoś tak z marszu spytałem: ,,Panie kochany, jak to jest, że im wyższej rozwinięty jest dany kraj, tym gorszy chleb tam pieką?’’. A on uśmiechnął się ta swoją staruszkową mądrością i powiedział: ,,Chodzi o serce, drogi panie. Maszyny oddzielają człowieka od tego, co tworzy. W końcu człowiek przestaje czuć, że to, co tworzy, jest jego częścią i przestaje wkładać w to serce.’’ I jak tu się z takim nie zgodzić?

Niektórzy podróżując chcą – bądź twierdzą, ze chcą –  poszerzyć swoje horyzonty, a mimo to ostatecznie ugruntowują kiełkujące w ich umysłach stereotypy. Z tym kierowcą było na odwrót. Podróż była tylko jego pracą a do innych narodów odnosił się tylko z pogardą. Nie spodziewał się pewnie, że od długich wojaży jego serce zmięknie i dostrzeże wreszcie zalety innych krajów. Same liczby najlepiej ilustrowały zmiany na jego mapie uczuć. Z czasem, kiedy jego pozycja w firmie poprawiła się, mógł sugerować zwierzchnikom, gdzie chce być wysłany. Dane fotoka wyraźnie pokazują, jak zaczęła się zwiększać liczba podróży w te same miejsca. Mimo każdorazowego zachwalania Wewnętrznego Morza, kierowca coraz częściej wracał nad ciepły Ocean Wschodni. Mimo ciągłego narzekania na Garantan, wciąż robił co mógł, by wrócić do tej samej, ulubionej garantańskiej piekarni, ale też porozmawiać z prowadzącym ją miłym starszym panem.

Tę zmianę chyba najlepiej ilustrowało to samo nagranie, które stanowiło kluczowy trop w naszym śledztwie:

Wracałem dziś sobie z Addawas. Szło dobrze, w jeden dzień dotarłem z powrotem do Tanthawastu, chociaż po drodze spotkała mnie mała przygoda. Wjechałem do Karanthkaru, pomachałem po drodze zimnemu Wewnętrznemu Morzu i wspinając się szosą w kierunku Dadhari prawie zderzyłem się z samochodem, który skręcając wyrżnął w barierkę i omal nie spadł w przepaść. Pomogłem biedakowi się wydostać, zresztą pojazd nie doznał wcale wielkich obrażeń.

Był cudzoziemcem, ale jakoś się dogadaliśmy po szałłacku. ,,Jestem pana dłużnikiem’’ – powiedział, cały blady i drżący – ,,Może mnie Pan prosić o co chce’’. Zaśmiałem się i powiedziałem coś w rodzaju: ,,Niech pan uważa na to, co pan obiecuje. Co jeśli rzeczywiście kiedyś czegoś od pana zażądam?’’. Ale tak serio, to na co mi takie długi?

Był Garantańczykiem, więc pewnie i tak nigdy się nie spotkamy. Gdyby tak się jednak zdarzyło, jestem pewien, że naprawdę mógłbym go prosić o cokolwiek. Może i my, Karanthkarczycy, jesteśmy bardziej uczciwi, ale to Garatańczycy są bardziej honorowi.  A poza tym, był gościem w moim kraju i choć to on popełnił błąd na drodze, byłem mu winny wszelką pomoc. A poza tym, jakie to wszystko ma znaczenie? Był po prostu człowiekiem, który potrzebował pomocy. To nieważne, kim  ja jestem a kim jest on. Pomógłbym mu, kimkolwiek by nie był.

Nie mogę oczywiście publicznie zdradzić imienia autora tych nagrań. Od teraz w tej książce będę go nazywał samymi inicjałami: BJ.

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek. Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis: http://www.polska-azja.pl/2014/12/22/dobongsan-w-jesiennych-szatach-o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano , , | Skomentuj

Wpis 15 Niewidzialny król

Nazywam się Assawim Fannadina. No dobrze… tak naprawdę wcale tak się nie nazywam. Nie chciałem pisać publicznie pod własnym nazwiskiem. Jakiś czas temu postanowiłem założyć blog o życiu w obcym kraju. Pochodzę z Garantanu, ale od roku mieszkam w Republice Karanthkaru. Mówią, że ta kraina nie istnieje. Cóż, w pewnym sensie w Internecie nic nie istnieje.

Biała koperta z ambasady podpisana jest eleganckim, ręcznym pismem, zdecydowanymi, ale i krągłymi liniami mocnego, czarnego tuszu. Czerwona pieczęć z pięknym i prostym zarazem szkicem królewskiej korony pękła pod moimi palcami z miłym uchu chrupnięciem. Wyjmując niewielką  karteczkę z zaproszeniem poczułem niemal zapomniane ciepło w sercu. Nie była to może fala gorąca, ale raczej iskierka wzruszenia.

Jak to jest, że chociaż sam często zwracam uwagę studentom, jak łatwo uprościć i przykroić historię, wycinając z niej wygodne symbole, zasłaniając szczegóły ogólnikami i wskazując na portrety Wielkich Ludzi zamiast na cały pejzaż, to sam tak łatwo ulegam państwowej retoryce, kiedy chodzi o moją ojczyznę? Patrząc na zaproszenie, nie potrafiłem nie czuć dumy czytając, że sam król Garantanu zaprasza mnie do ambasady na sto dziesiątą rocznicę Dnia Koronacji, jednego z najważniejszych świąt mojej ojczyzny.

Droga Sąsiadko, wiem, że czytasz te słowa i zastanawiasz się, czy mają cokolwiek wspólnego z nami, z naszą wczorajszą kłótnią. Otóż tak, w jakimś sensie mają. Zarówna tamta kłótnia jak i zawartość tej koperty coś mi wreszcie uświadomiły.

Pozwól, że zacznę od opisania naszego wczorajszego starcia z mojej perspektywy. Spotkaliśmy się całkiem przypadkiem na osiedlu i Ty, jak gdyby nigdy nic, wyznałaś w prawie pierwszych słowach:

- Czy zdawałeś sobie sprawę, że cały czas miałeś rywala? Jest inny mężczyzna, z którym teraz się spotykam. Po namyśle zaproponowałem mu wczoraj związek, tak na poważnie.

Nie zdążyłem jeszcze nawet oprzytomnieć po tym pierwszym ciosie, a Ty już powaliłaś mnie drugim.

- A dziś to samo proponuję Tobie. Nie chcę skrywać żadnego Was przed drugim, ale wiem, że wybierając któregokolwiek z Was, na dobre straciłabym możliwość spotykania się z tym drugim. Proponuję Wam podwójny związek. Z każdym Was będę związana równie serio i szczerze.

I wtedy nie wytrzymałem. Przyznaję teraz, że trochę mnie poniosło, ale może czasem lepiej powiedzieć za dużo niż za mało.

- Jak Wy, w Karanthkarze, możecie tak żyć? – wykrzyknąłem prawie – Dziewczyna z dwoma, a może jeszcze trzema czy czterema chłopakami? I jeszcze ta Wasza niechęć do ślubów, tradycji, rytuałów!… Niedługo to u Was będzie każdy z każdym. Wiesz, mam znajomego, który mawia, że niedługo to będziecie wrzucać losy ze swoim nazwiskiem do wspólnej urny i losować co się trafi na dany dzień. Może mężczyzna a może kobieta, osoba starsza czy nieletni, a może nawet Pusiek, pies sąsiada?… Kompletny brak zasad i szczyt hipokryzji!

Dodam teraz, że tym znajomym, który tak mówi – i nigdy się tego publicznie nie wstydzi – jest Karanthkarczyk, Jodal Safarmi z mojej uczelni. Wiem, że przesadziłem i że Jodal też trochę przesadza. Nikt przecież w Karanthkarze nie urządza oficjalnych orgii. Ale Jodalowi i mi chodzi o kierunek, w którym zmierza społeczeństwo. Przyznasz przecież, Droga Sąsiadko, że w Karanthkarze jest już teraz normalnym spytać się kogoś: ,,Ilu masz chłopaków?’’ albo ,,Ile masz dziewczyn?’’. Nie, to nie jest coś, co ja mógłbym zaakceptować.

Muszę jednak przyznać, że zmasakrowałaś mnie swoją ripostą, Droga Sąsiadko.

- Ach, dwóch OFICJALNYCH  partnerów to hipokryzja? – wybuchłaś. – Wolisz te swój ciepły, wygodny świat, gdzie wszyscy robią to samo, co nowe karanthkarskie społeczeństwo, ale za zamkniętymi drzwiami? Zaraz mi pewnie powiesz, że jak facet ma dwie kochanki, to niezły z niego gość, a kobieta z dwoma facetami to dziwka?  A może ukrywanie kochanki przed żoną jest lepsze of posiadania dwóch partnerów, z których każdy wie o drugim? I w ogóle całe to życie ideałami na pokaz i łamanie ich w życiu prywatnym jest według Ciebie lepsze od przyznania, że tak naprawdę wierzy się w inne ideały?

Nie wiem, czy zauważyłaś, ale uniosłaś głos tak bardzo, że zerkali na nas przechodzący obok sąsiedzi i obcy. Dobrze, że rozmawialiśmy prawie cały czas w obcym dla nich języku. Ale to Karanthkar, nie Garantan – tu nikt nic i tak by nie powiedział. W mojej ojczyźnie chyba już by nas zlinczowali…

- Tak, niektórzy w Karanthkarze chcą tak spędzić całe życie, w podwójnych czy potrójnych związkach i ja szczerze życzę im powodzenia. – dodałaś. – Ale wiedz jeszcze, że w tym wypadku by tak nie było. Docelowo chcę być z jednym mężczyzną przez całe życia i dlatego właśnie chcę się upewnić, że to będzie ten jedyny. Myślałem, że wyczuwasz mój charakter już na tyle, żeby się tego domyślać. Poza tym wiem, że znasz Karanthkar dużo lepiej, niż to chciałbyś pokazać. Słyszałeś zapewne o siostrzanym egzaminie? A jeśli nie, to czas, żebyś to sprawdził. Mała podpowiedź: nie będzie o tym w żadnej z Twoich mądrych, zakurzonych książek…

- Nie, nie słyszałem o tym egzaminie. – odpowiedziałem urażony. – I wcale mnie to nie interesuje. Jak i nie obchodzą mnie wszystkie te nowe mody i zwyrodnienia, które uparcie nazywacie nową kulturą, chociaż z kulturą nie mają nic wspólnego…

Teraz nie wiem za bardzo, co ten mój kontratak miał w zasadzie spowodować. Po prostu byłem już wściekły. Z pewnością deklarowanie braku zainteresowania tym, co mówi druga strona, nie zbliża nas do konstruktywnych konkluzji. Ale to nie miało i tak znaczenia, bo wtedy zaatakowałaś mnie z zupełnie innej strony, miażdżąc mnie jeszcze bardziej.

- Och, nie udawaj już, że tak zupełnie nic nie wiesz, pani psorze!… Co, myślisz, że nie wiem? Jesteś wykładowcą średniowiecznej poezji karanthkarskiej. A to znaczy, że od dawna okłamywałeś mnie utrzymując, że nie znasz naszego języka. – to mówiąc, przeszłaś na karanthkarski. – Tak się przecież poznaliśmy. Pomogłam Ci tłumaczyć na komendzie. Dobrze się wtedy bawiłeś moim kosztem? A może bałeś się załatwiać policyjne sprawy i strugałeś zagubionego turystę?

- Czy.. czytałaś bloga? – wymamrotałem tylko.

- To też. – fuknęłaś. –Masz mnie za idiotkę? Ty, Garantańczyk, znasz karanthkarski i myślisz, że tak trudno znaleźć Karanthkarczyka, który za garantański i mógł to wszystko dla mnie przetłumaczyć? Wpis po wpisie, mój drogi, zdanie po zdaniu!

- Nigdzie nie podałem Twojego imienia… – jęknąłem. – A moje imię na blogu jest zmyślone, to przecież wiesz, bo znasz prawdziwe…

- …Ale jakby tego było mało… – kontynuowałaś, nie zważając na moje, żałosne zresztą, próby wybrnięcia z krytyki –  …Ty najzwyczajniej świecie wystąpiłeś w telewizji i tam brylowałeś swoim kwiecisty karanthkarskim, którego znajomość ukryłeś przede mną. O tak, trafiłam przypadkiem na ten program, transmisję koncertu z doliny Kalawardis z Twoim wykładem na początku. W tym czasie już się spotykaliśmy. Nie pamiętasz, jak spytałam się Ciebie:  ,,Czy masz mi coś do wyznania?’’ Wiem, że mieliśmy poznawać się bez słów, ale ta odrobina szczerości by się nieco przydała, nie sądzisz? Nie przyznałeś się do niczego, ale ja postanowiłam dać Ci szansę i spotkanie po spotkaniu oczekiwałam, aż mi to wyjaśnisz.

- To… to nie takie proste.  – pamiętam, jak plątał mi się język, ale moje argumenty były prawdziwe. Nie będąc w stanie wyrazić wszystkich myśli we współczesnym karanthkarskim, wróciłem do szałłackiego, którym porozumiewaliśmy się dotąd.  – Przecież wiesz, że Wasz język, a w zasadzie jedna z jego ówczesnych odmian, znacznie się różnił od tego, którym mówicie teraz. Łatwiej mi przeczytać wiersz sprzed trzystu lat niż rozmawiać z tutejszą młodzieżą. Wiesz, ta cała sytuacja ze współczesnym karanthkarskim… to się w nauce nazywa dyglosja. Mogę wygłosić wykład o Waszej literaturze tak długo, jak posługuję się pojęciami z tej literatury. Nie potrafię tego samego wyrazić językiem prostych ludzi i nie wiem, na ile by zrozumieli moje wykłady.

- Nie no, jasne, że nikt by Cię nie zrozumiał, bo po prostu jesteś mądrzejszy od wszystkich Karanthkarczyków razem wziętych. Ja też nic a nic nie zrozumiałam! – warknęłaś. – W ogóle nie wiem co to ,,dyglosja’’, a kiedy przemawiałeś w telewizji, myślałam, że nadajesz szyfrowaną wiadomość od zaawansowanych istot z innej planety.

Zrozumiałem od razu, że byłem bardzo nieuprzejmy, ale nie dałaś mi już dojść do słowa (w jakimkolwiek języku).

- Zreasumujmy. Ukryłeś fakt, że znasz mój język. Opisałeś na blogu całą naszą znajomość i nie raczyłeś mnie o tym zawczasu poinformować. I śmiesz mnie jeszcze pouczać na temat hipokryzji? Daj mi znać, jeśli zamiast niej będziesz miał ochotę wybrać szczery i uczciwy związek. Mój – z Wami obydwoma.

Widziałem, że to nie żadna gra czy sprawdzian. Byłaś naprawdę wściekła i nie dodając nic więcej, zostawiłaś mnie tam, pod klatką. Ciekawscy sąsiedzi, dotąd pilnie wystawiający swoje oczy i uszy, czym prędzej pozamykali okna i udali bardzo zajętych czym innym.

Droga Sąsiadko, żałuję moich wczorajszych słów. Najpierw pozwól mi wyjaśnić, dlaczego na początku tego wpisu wspomniałem o tym zaproszeniu do ambasady. Zaznaczam, że uważam siebie za patriotę i nie widzę nic złego we flagach, świętach i symbolach. Nie chcę jednak, by budowanie takiej narodowej ideologii odbywało się kosztem faktów, nawet tych gorzkich. A w zasadzie szczególnie tych gorzkich.

,,Sam król Garantanu zaprasza mnie do ambasady na sto dziesiątą rocznicę Dnia Koronacji’’. Dobre sobie! Królestwo Garantanu nie widziało przecież króla od ponad stu lat (co przyznano pośrednio w samym zaproszeniu – bo jak inaczej wyjaśnić tyle rocznic od Dnia Koronacji ostatniego króla?). Jesteśmy republiką na podobieństwo Karanthkaru, tak jak większość okolicznych państw. Po prostu nie chcemy się do tego przyznać, tak jak i do innych rozwiązań, które rok w rok kopiujemy ze znienawidzonego Karanthkaru. Obrady gabinetu ministrów wciąż toczą się przy pustym tronie. Każdy państwowy dokument jest sygnowany królewską pieczęcią. I tak samo jest z wieloma innymi obyczajami. Są jak tradycyjne płaszcze, które co święto zakładamy na T-shirty i jeansy.

Droga Sąsiadko, przyznaję, że zachowałem się wobec Ciebie jak hipokryta. Nasza młodzież wciąż uczy się w szkołach o okropieństwach dokonanych przez Karanthkarczyków w naszym kraju dawno temu, a potem wychodzi na ulice i słuchając karanthkarskiej muzyki popularnej kieruje się do centrów handlowych, do restauracji należących do karanthkarskich firm, do kin grających najnowsze hity karanthkarskiego kina akcji. I czy z moim życiem jest inaczej? Pisząc to, rozglądam się po pokoju obklejonym zdjęciami, zerkam do otwartej szuflady pełnej listów. Czy i ja, jak cały mój kraj, nie otaczam się pustymi formami, czy nie zanurzam w przeszłości, dusząc się nią i nie odważając wypłynąć na teraźniejszość?

Jestem niewidzialnym królem swojego własnego życia. Udaję, że siedzę na jakimś tronie wykutym z tytułów naukowych, książkowych mądrości i wyższych zasad moralnych, które  jakoby czynią mnie kimś lepszym niż wszyscy dookoła mnie. Skrycie irytuję się, że inni ludzie jakoś nie dostrzegają tej mojej wydumanej wielkości. Tak jak Garantan ma niewidzialnego króla, tak i ja uważam się za króla, którego niewidzialnej korony nikt dookoła nie zauważa.

Nie mogę cofnąć tych wszystkich słów, Droga Sąsiadko. Teraz już wiem, że możesz wszystko przeczytać. Nie wiem jak mogłem wierzyć, że do tego nie dojdzie. Ale tak jest lepiej. Byłem przecież bardziej szczery na tym blogu niż w rzeczywistości. Skoro są rzeczy, których boję się powiedzieć Ci wprost, pozostaje mi je napisać tutaj. I nie dbam o to, że mogą je przeczytać inni, w szczególności moi rodacy. Teraz te słowa są skierowane tylko do Ciebie. Poza imionami, resztę historii na tym blogu jest prawdziwa. Jeśli istnieje jeszcze jakaś nieopisana prawda, to pozostaje ukryta w naszych sercach. Jeśli odnajdziesz ją w swoim, to proszę, wybacz mi i daj jeszcze jedną szansę.

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek. Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis:

http://www.polska-azja.pl/2014/12/22/dobongsan-w-jesiennych-szatach-o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano | Skomentuj

Wpis 14 Dobry żart

Nazywam się Daika Innit. Uwielbiam słuchać ludzi i zastanawiać się, co tak naprawdę myślą, gdy mówią. Lubię też myśleć o tym, o czym mówię i myśleć o tym, co myślę. Gdyby to nie był pamiętnik, a otwarty internetowy blog, nazwałabym go ,,Co myślimy, kiedy mówimy’’.

Dużo czasu upłynęło od mojego ostatniego spotkania z BJ-em. Dla pewności przekartkowałem teraz ostatnie kilkanaście stron tego pamiętnika i wychodzi na to, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy spotkaliśmy się ledwie trzy razy. Znacznie częściej widywałem się z moim uroczym garantańskim sąsiadem…. O czym myślę, gdy to piszę? Czy to w zasadzie nie jest oczywiste?

Na ostatniej randce BJ wydawał się jakiś przygaszony, a może po prostu zmęczony. Po raz pierwszy jakoś nie potrafił przy mnie zdobyć się na swoją zwyczajową szarmanckość (o, to samo w sobie jest ciekawy wątek: czy na szarmanckość trzeba się zdobywać? Czy ktokolwiek jest szarmancki z natury?). Dziś jednak spotkałam starego, dobrego BJ-a. Mężczyznę, który porwie Cię w podróż na koniec świata i nie spyta o Twoją zgodę, bo też z góry zakłada, że musi to Ci się spodobać. Inaczej przecież nie byłby prawdziwym mężczyzną. Porwał mnie rzeczywiście, bo po prostu czekał pod miejscem mojej pracy z przepiękną różą w kolorze herbacianym i oświadczył, że idziemy na spacer. Końcem świata okazał się jednak Most Wspólnych Kroków, do którego dotarliśmy na piechotę w piętnaście minut.

Po drodze wzięliśmy z przydrożnego straganu po plastrze wędzonej baraniny w sosie jagodowym. Rzuciłam się na niego jak wilczyca, a BJ patrzył na mnie z jakąś dziwnym skrzeniem w oczach.

- Słyszałem ostatnio dobry żart. – rzucił nagle. – Czy wiesz, którzy Garantańczycy są najbardziej uprzejmi?

- Oświeć mnie. – odpowiedziałam, chyba dość chłodnym tonem.

- Najchudsi. – rzucił od razu. – Bo koło grubego nie sposób się przecisnąć.

Nie uśmiechnęłam się nawet, a w myślach stwierdziłam, że mój przystojny garantański sąsiad jest całkiem szczupły. Co myślisz, kiedy to mówisz, BJ? Gdyby założyć, że wiesz o moich spotkaniach z Garantańczykiem, to stałoby się jasnym. Ale skąd miałbyś o tym wiedzieć, drogi BJ?

Zaraz potem byliśmy na Moście Wspólnych Kroków. Mój garantański sąsiad opowiadał mi, jak ten most się kiedyś nazywał, ale w końcu zapomniałam. Mówi ciekawie, ale czasem przydługo i nie wtedy kiedy trzeba. W zasadzie nie powinno mnie to dziwić, skoro znam już jego profesję. Nigdy za to nie zapomnę jak pierwszy raz przetańczyliśmy przez Most Wspólnych Kroków wspólnie z BJ-em. W jego krzepkich ramionach wydawało mi się bardziej, że lecę – nie było przeszkód, nie było innych ludzi, a moje stopy ledwie muskały o brukowane podłoże. Zostaliśmy okrzyknięci najlepszą taneczną parą tamtego dnia. Tym razem było równie wspaniale, ale nie mieliśmy czasu, by poczekać na wieczorne wyniki. Tak wówczas jak i wtedy, BJ nie zepsuł atmosfery żadnymi rozmowami ani szeptami. ,,Wyślę Ci SMSa jak już wrzucą nasze zdjęcie na witrynę ze zwycięzcami’’ – stwierdził krótko, gdy tylko zeszliśmy na drugi brzeg.

Spacerowaliśmy dalej wzdłuż rzeki i nagle, nie wiedzieć czemu, BJ znowu wyskoczył z dowcipem:

- Ilu Garantańczyków trzeba do wkręcenia żarówki?

- … Tak, to znam. Wszystkich. Zrzucą się, żeby wynająć jednego elektryka z Karanthkaru.

Tym razem nie potrafiłam ukryć uśmiechu. Przy trzecim żarcie wbrew sobie chyba nawet lekko się zaśmiałam:

- Strażnik na garantańskiej granicy  dostał rozkaz. Pobiegł do kuchni, nastawił wielki gar zupy i siedział w nim aż wróg zaatakował granicę. Jak brzmiał rozkaz? ,,Gotuj się do walki’’.

I wtedy zrozumiałam taktykę BJ-a. Było już teraz dla mnie jasnym, że skoro uporczywie naśmiewa się z Garantańczyków, to musi wiedzieć o moich randkach z interesującym sąsiadem. Ale to nie tylko o to chodzi. Tyle rozprawiamy o tym, jak to ludzie nie wytrzymają długo ze sobą, gdy dzieli ich rasa, język, narodowość czy religia. Czasem jednak mam wrażenie, że przyczyną drobnych utarczek, które kiedyś wreszcie urastają do kontrowersji godnych schizmy są drobne, codzienne sprawy. Na przykład co kto lubi zjeść na śniadanie, co nuci pod nosem i co zostawia niepozmywane w zlewie. Czy te sprawki są tylko pretekstami skrywającymi głębsze, tożsamościowe różnice, czy może jest na odwrót – tak naprawdę te większe różnice wyrażają się w takich małych sprawach?

Weźmy taką wędzoną baraninę w sosie jagodowym, którą dziś, z pewnością rozmyślnie, uraczył mnie BJ. To karanthkarski przysmak, który i ja rzeczywiście uwielbiam. Dla obcokrajowców jest to jednak w najgorszym razie obrzydlistwo, a  w najlepszym fanaberia na jednorazowe spróbowanie (przy którym bierzemy lekkiego gryzka, stwierdzamy, ,,Mmm, jaki interesujący smak’’, po czym na współ przeżuty kęs dyskretnie wypluwamy). Pamiętam, jak ze skrawkiem tej baraniny męczył się mój garantański sąsiad. Potrafił za to swoim uczonym tonem wyjaśnić to, co akurat i tak wiem: my, Karanthkarczycy, uwielbiamy tę przekąskę dlatego, że w czasie długich zim byliśmy skazani na wędzoną baraninę z niewielką ilością zgromadzonych zawczasu dodatków. To pasemko baraniny, to jest stosunek do niej, oddziela teraz swoich od obcych. I na to właśnie liczy BJ.

I tak samo jest z żartami. Karanthkarska komedia może wywoływać salwy śmiechu w naszych kinach i długie momenty skonsternowanej ciszy w Garantanie czy innym okolicznym kraju. Zresztą w wypadku żartów BJ-a doprawdy trudno spodziewać się, by śmieszyły Garantańczyków, ale też trudno oczekiwać, żeby nie śmieszyły Karanthkarki jak ja. Zżymam się na te stereotypy i nie znoszę ich, ale czasem nie potrafię się nie śmiać z wyrażających je dowcipów. Ostatecznie wychowałam się na nich tak samo jak na wędzonej baraninie.

I nagle na koniec tego spaceru zdecydowałam, co chcę zrobić z moją sytuacją.

 - Bariamie Jadżarwi – spytałam poważnie, chwytając jego dłoń. – Czy chcesz ze mną być?

A on zaśmiał się, jakby to był najlepszy żart, jaki usłyszał od dawna.

 ——————————————————————————

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek. Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis: http://www.polska-azja.pl/2014/12/22/dobongsan-w-jesiennych-szatach-o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano | Skomentuj

Wpis 13 Dziesięć milionów polityków

Nazywam się Assawim Fannadina. Jakiś czas temu postanowiłem założyć blog o życiu w obcym kraju. Pochodzę z Garantanu, ale od roku mieszkam w Republice Karanthkaru. Mówią, że ta kraina nie istnieje. Cóż, w pewnym sensie w Internecie nic nie istnieje.

- To co, jesteście już razem? – pyta mnie teraz ciągle Jodal Safarmi. Lubię Jodala za to samo, za co go nie znoszę – za jego szczerość, prostolinijność, dystans do życia, swojego kraju i do siebie.

Dziś jak zawsze, próbowałem uniknąć odpowiedzi na to pytanie. Zamiast tego próbowałem przeskoczyć na jego życie i w efekcie wylądowałem po uszy w karanthkarskiej polityce.

- Aa, daj spokój. – fuknął. – Co u mnie?  W piątek, proszę Ciebie, wracałem z roboty, a tu jeden za drugim przyjeżdża autobus beztłokowy. Palec bym ledwie wetknął, a już byłby proces o molestowanie. Zanim wróciłem do domu, była dziesiąta wieczorem, zrób to i tamto, zmęczony byłem… i w końcu nie zagłosowałem. I znowu zapłaciłem karę za nie oddanie głosu! Trzeci raz w tym miesiącu! Kto to, kurde, widział taki kraj, w którym płacisz za to, że masz w dupie politykę? W Twoim Garantanie to politycy są na pewno zadowoleni, że ludzie ich mają gdzieś…

Karanthkar, niegdyś dyktatura prowadzona twardą ręką komisarzy, stał się z czasem nie tylko demokracją, ale i najbardziej bezpośrednią demokracją świata. Zaczęło się od tego, że coraz częściej organizowano referenda. Raz zapoczątkowanej lawiny – jak to w górskim kraju – nie dało się zatrzymać. Skoro spytano obywateli, co życzą sobie mieć jako symbol państwa, to w zasadzie dlaczego nie powinno się pytać ich o to, czy państwo powinno wprowadzić systemy kwotowe dla cudzoziemców albo ściślejszą kontrolę nad firmami prywatnymi?

Rozwój techniki pozwolił zmienić wydłużającą się sekwencję referendów w stałe głosowanie. W kraju tak zaawansowanym jak Karanthkar w zasadzie każdy obywatel ma dostęp do Internetu. Po wdrożeniu odpowiednich procedur rejestracyjnych referenda zaczęły być organizowane jedynie przez sieć, co znacznie obniżyło koszta i potrzeby organizacyjne. Ostatecznie obywateli zaczęto pytać o wszystko, referenda zmieniły się w cotygodniowe głosowania a kraj stał się jednym wielkim parlamentem.

- Niedługo będą nas pytać, czy komisarz powinien się drapać po tyłku lewą czy prawą ręką. – utyskuje Jodal.

Karanthkar nie ma już w zasadzie posłów czy senatorów. Zamiast tego rozbudowano rząd, gdyż jego rolą jest teraz także przedstawiać narodowi ustawy pod głosowanie (choć mogą je zgłaszać i sami obywatele). Rząd ma także za zadanie zdawać obywatelom sprawę z jego analiz dotyczących konsekwencji głosowania za czy przeciw daną ustawą. Obywatele otrzymują przez Internet co tydzień zbiór ustaw, w sprawie których muszą głosować, z pochodzącym od rządu komentarzem.

- Nikt i tak tego nie czyta!… – prycha mój uczelniany kolega, ale pewnie trochę przesadza.

A właśnie – obywatele muszą czy mogą głosować? W wielu innych państwach zagonienie ludzi do głosowania nie jest łatwą sztuką, czego przykładem mój rodzinny Garantan. Głosowanie przez Internet zajmuje mniej czasu, ale jednorazowo. Tymczasem Karanthkarczycy muszą obecnie przycisnąć przycisk ,,tak’’ lub ,,nie’’ jakieś trzydzieści razy w tygodniu? Po początkowym zachłyśnięciu nową wolnością i techniką, ludzie wrócili do codziennych spraw i e-frekwencja też okazała się dużym wyzwaniem. W efekcie wprowadzono niewielkie kary finansowe za nieoddanie głosu na zbiór ustaw w przeciągu tygodnia od ich przesłania. Nad tym jednym rozwiązaniem akurat rząd nie pozwolił głosować – ot, taki drobny, ale pewnie nieunikniony paradoks.

- Jakie niewielkie kary? Przepada mi jedno kino w miesiącu! – Piekli się Jodal. – Czy to nie jest pieprzona dyktatura demokracji?

Karanthkarczycy, przynajmniej ich część, którą reprezentuje mój kolega, mają prawo być zmęczeni. Jednakże ja, cudzoziemiec, widzę zarówno dobre i jak i złe aspekty tej sprawy. W innych krajach politycy mogą odwrócić uwagę obywateli od ważnych spraw, takich jak sytuacja gospodarcza, rozdmuchując jedną kwestię do takich proporcji, że przez miesiące naród rozmawiał będzie tylko o niej. Przeciętny mieszkaniec mojego kraju i pewnie prawie każdego innego państwa nie ma pojęcia, o czym codziennie debatuje się w parlamencie. Karanthkarczycy muszą się orientować i to w naprawdę ważnych sprawach. Sami to sobie narzucili dla własnego dobra. Jeden czy drugi skandal obyczajowy dalej jest skandalem, medialna pyskówka wytacza z ust tyle samo piany, ciągle epatowanie sztucznymi konfliktami  mediach nie zamydli oczu obywatelom, którzy i tak będą do piątku musieli decydować o istotniejszych kwestiach, jak wysokość podatków czy pensje dla nauczycieli. Nie jest oczywiście tak, że media i politycy nie mają wpływu na decyzje Karanthkarczyków, bo wielu oczywiście bardzo chętnie podchwyci ogólną, stereotypową opinię, która pozwoli im zagłosować szybciej i bez większego namysłu. Ale przynajmniej głosują sami. Abstrahuję już od tego, jak zmniejszyło to koszta zarządzania państwem. Nagle okazało się, że trzeba do tego o kilkuset ludzi mniej (oczywiście członków rządu też się wybiera), ale że liczba zgłaszanych ustaw też tak naprawdę się zmniejszyła (bo na dobrą sprawę nie ma już partii w starym rozumieniu tego słowa: ugrupowań, które przerzucają się dziesięcioma projektami w jednej sprawie; są natomiast lobby, chcące doprowadzić do tego czy innego rozwiązania).

Dziesięciomilionowy Karanthkar stał się państwem polityków, zamiast państwa rządzonego przez polityków. Ale po kilku latach od tego jedynego w swoim rodzaju eksperymentu niektórzy są już zmęczeni tym brzemieniem. Oto paradoks – w takich krajach jak mój Garantan wybieramy posłów, a potem na nich kilka lat narzekamy. Karanthkar to jedyne państwo, które nie ma parlamentu i zarazem jedyne państwo, gdzie część obywateli mówi, że tęskni za posłami. No, są też tacy jak Jodal, który ciągle powtarza, że wolałby powrót do dyktatury sprzed kilkudziesięciu lat.

- Jeden człowiek podejmie decyzje szybciej i lepiej niż stu, dziesięciu czy nawet dwóch. – powtarza ciągle. – A poza tym idiotów jest więcej niż ludzi mądrych. Wprowadź demokrację w sali wykładowej, a zobaczysz co będzie.

Wzruszam już ostatnio rękoma na te tyrady. W końcu Jodal wrócił  do pierwotnego tematu.

- To co, jesteście już razem? – spytał mnie znowu.

- Wiesz… – uśmiechnąłem się. – To zależy od tego, jak zagłosują obie strony.

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek. Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis:

http://www.polska-azja.pl/2014/12/08/o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam-suneung/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano | Skomentuj

Wpis 12 Przewodniczka i turysta

Nazywam się Assawim Fannadina. Jakiś czas temu postanowiłem założyć blog o życiu w obcym kraju. Pochodzę z Garantanu, ale od roku mieszkam w Republice Karanthkaru. Mówią, że ta kraina nie istnieje. Cóż, w pewnym sensie w Internecie nic nie istnieje.

Zdaję sobie sprawę, że zabawa w suspens w moim wykonaniu to cokolwiek żałosne przedsięwzięcie. Skoro opisałem, jak prawie spadłem z wynajętym samochodem w dół zbocza, to znaczy, że musiałem przeżyć. Chociaż, dlaczego nie?… a jeśli jestem duchem, który niezwykłą mocą, jak to już z duchami bywa, wciąż pisze swój blog z zaświatów? Byłby to wtedy Blog o Wymyślonym Człowieku. Albo może lepiej, a w każdym razie bardziej realistycznie – tego bloga przejął ktoś inny, kto pisze teraz w moim imieniu. Ach, chyba odzywa się we mnie niespełniona przez całe życie chęć napisania powieści. Tymczasem wyjaśnienie jest najbardziej zwyczajne jak to sobie można wyobrazić. Owszem, po prostu przeżyłem. Wynajęty samochód utknął na skałach i resztkach zdewastowanej barierki, a kierowca ciężarówki, z którą nieomalże się zderzyłem, pomógł mi najpierw się wydostać, a potem odholować pojazd z powrotem na bezpieczną drogę. Podziękowałem mu i złożyłem przysięgę, że będzie mógł mnie prosić o co zechce. Zaśmiał się tylko, ostrzegając ,,Niech pan uważa na to, co pan obiecuje. Co jeśli rzeczywiście kiedyś czegoś od pana zażądam?’’. W rzeczywistości jednak na pewno nie oczekiwał niczego w zamian. Na koniec naszego krótkiego spotkania uścisnął mi krzepko rękę i odjechał bez żadnego wymieniania się kontaktami.

I tyle dramaturgii. Wiedziony dziwnym przeczuciem – czy może przesądem – nie dotarłem tamtego dnia nad Wewnętrzne Morze. Po oddaniu pokiereszowanego pojazdu do wypożyczalni wróciłem do Tanthawastu, do pracy i… do pięknej i tajemniczej sąsiadki. Muszę przyznać, że ostatnio długo zaniedbywałem ten blog, bo tak naprawdę od tamtego wypadku minęły dwa miesiące. I był to słodki czas. No, może słodki z dodatkiem gorzkiej kropelki tu czy tam.

Wpadliśmy na siebie raz na klatce i dała m do zrozumienia, że jednak zdałem tamten sprawdzian w Bez Słowa. Nasze spotkania (randki?) trwają do teraz. Ustaliliśmy, że będziemy się poznawać bez słów. Złożyła dwie oryginalne propozycje. Miałem ją albo oprowadzać po swoim kraju, opowiadając jej tutaj o dalekich miejscach, albo oprowadzić ją po jej własnym mieście. Nie chcę opowiadać o moim kraju i wszystkim co tam jest i czego tam nie ma. Co do drugiej propozycji,  zwróciłem jej uwagę, że przecież to jej rodzinne miasto (albo tak mi się wydaje) i zna tu każde miejsce. Ona jednak odparła:

- Ale nie widziałam ich Twoimi oczyma. I o to właśnie chodzi. Wiele opowiesz mi o sobie pokazując moje własne miasto.

Na to przystałem z chęcią. Jeśli coś naprawdę lubię w tym mieście, to zwiedzać je i odkrywać takie zakamarki, które nigdy nie trafią na okładkę popularnego przewodnika. To była nie tylko szansa, by dotrzeć do nich ponownie, ale przede wszystkim – by dotrzeć do niej. Nie ma sensu, żebym w detalach opowiadał o tym, gdzie chadzaliśmy przez kolejne tygodnie. Wszystkie te miejsca zachwalałem bowiem już wcześniej na tym blogu. Wieża Samobójców w Drugim Mieście, dzielnica przedszkoli i wreszcie Taniec bez Dotyku na Trantawigarze.

Po czterech tygodniach i czterech wyprawach ona najpierw zapytała mnie:

- Czy masz mi coś do wyznania?

Szczerość, czy może wręcz obcesowość tego pytania, rozbroiła mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć i tak naprawdę nie wiedziałbym nawet pisząc te słowa teraz, z dala od niej i nieogarnięty już nieśmiałością. Po prostu nie potrafię jeszcze powiedzieć, co do niej czuję. Nie rozumiejąc do końca pytania i bojąc się odpowiedzi, po prostu pokręciłem głową.

Nigdy nie wiem, kiedy ta kobieta znowu zapragnie mnie przetestować i nigdy nie wiem od razu, czy sprawdzian zdałem czy nie. Tak samo było i tym razem. Uśmiechnęła się tylko jakoś dziwnie i zaproponowała:

- Od dziś odwróćmy rolę. Teraz to ja jestem przewodniczką, a Ty turystą. Co Ty na to?

Ucieszyłem się tak bardzo jak i przeraziłem. Chciałem, by ta przygoda trwała, ale nie chciałem kolejnego sprawdzianu. I rzeczywiście, czekało mnie jedno i drugie.

- Wiem, co chciałeś mi pokazać przez ostatnie tygodnie. – powiedziała rozbrajająco szczerze, idąc ze mną pod rękę ku pierwszemu miejscu. – Chcesz mi pokazać, jak bardzo my, Karanthkarczycy, jesteśmy samotni z samymi sobą. Ale pokazałeś coś jeszcze. Że są ludzie, którzy chcą tę atomizację powstrzymać. I że jest w nas nadal nadzieja, radość i chęć życia. To samo ja pokażę Tobie.

Nie znoszę zakupów i centrów handlowych, stąd też w pierwszej chwili nie bardzo rozumiałem, dlaczego kierujemy się do Galerii, handlowego molocha jakich wiele namnożyło się w Piątym, Szóstym i Siódmym Mieście. Ona czuła na pewno moją niechęć i nie zabrała mnie nawet do środka. Ku mojemu zdziwieniu usiedliśmy na zewnątrz. Jedną ze ścian budowli zmieniono w gigantyczny ekran, zwany Ścianą Cudów i wyświetlający scenerie z całego świata, wybierane po kolei przez wszystkich gapiów. Nie wiem, ile czasu tam spędziliśmy, ale na pewno było to kilka godzin, zwłaszcza że poza nami było wielu innych wybierających i za każdym razem trzeba było odczekać swoje w kolejce. Częstowaliśmy się nawzajem błyskami promieni przebijających się przez leśne gęstwiny, ławicami ryb migoczącymi  w błękitnej wodzie, bezkresnymi śniegami przysypującymi coraz bardziej resztki dawnych cywilizacji. Każde z nas wyraźnie cieszyło się nie tylko oglądanym pięknem, ale i reakcję drugiego. Trudno wyobrazić sobie czystszą wymianę. Obraz za obraz, uśmiech za uśmiech.

Nie potrafię także tańczyć i dlatego niezbyt odnalazłem się w drugim miejscu. Solidny, zabytkowy, kamienny most na wschodnim krańcu Trzeciego Miasta coraz rzadziej nazywany jest jego oryginalną nazwą – Tauragbawastu, od imienia bogatego fundatora, kupca bławatnego imieniem Tauragba. Coraz częściej zapomina się także o drugiej, nieformalnej, ale jeszcze do niedawna bardzo popularnej nazwie – Most Niewieścich Łez. Kiedyś to tym mostem wymaszerowywali zawsze dziarskim krokiem członkowie bitnych Plemion Ostrza, czyli karanthkarskich gromad mających na celu obronę państwa poprzez toczenie wojen za jego granicami (Z najsilniejszymi za Granią, z najsłabszymi przed Granią!). Teraz coraz częściej nazywa się go Mostem Wspólnych Kroków. Miejsce kojarzone z wojną, polityką, rodzinnymi tragediami i narodową dumą jest teraz popularnym miejscem schadzek i miłosnych podchodów. Można wręcz pomyśleć, że ktoś dokonuje tej zmiany i przewartościowania celowo. Jakże często Karanthkarczycy przemalowują pociemniałe fasady swojego burzliwego wczoraj na pastelowe kolory beztroskiego dzisiaj.

W weekendy na moście ustawia się wielkie, nadmuchane i ciągle ruszające się kolumny, tworzące coś elementy wielkiego, mechanicznego labiryntu. Jak to bywa we współczesnym Karanthkarze, mechanizm napędza promocja. Sieć popularnych szkół tańca płaci za każdorazową instalację i obsługę tego dziwactwa organizując w ten sposób swoisty konkurs taneczny. Tydzień temu bezdyskusyjnie to my znaleźliśmy się na pierwszym miejscu i była to moja zasługa.

Każda para, która ma na to ochotę, może spróbować przetańczyć się na drugą stronę. Ale nie żadnymi indywidualnymi wygibasami. O tak, w Karanthkarze powróciła moda na dystyngowany taniec w parach. Jedna z osób w parze zawiązuje sobie oczy i jest prowadzona przez drugą – tylko i wyłącznie w porze tanecznej, ze złączonymi dłońmi i twarzami ku sobie – przez ruchomy labirynt. Prowadząca osoba (może to być kobieta prowadząca mężczyznę, w  końcu to Karanthkar) musi zarówno uważać na partnera, jak i na przemieszczające się wokół kolumny. Wszystko to uczy nie tylko tańca, ale i refleksu, uwagi i przede wszystkim współpracy. Takie jest życie – opanowanie kroków samemu to jeszcze nic, prawdziwe wyzwanie to opanować kroki we dwoje.

Cóż, jak już napisałem, nie potrafię i w związku z tym nie lubię tańczyć (a może na odwrót?). Pamiętać o ułożeniu kroków, o trzymaniu partnerki, patrzeć na drogę przed siebie i jeszcze uważać na te piekielne kolumny – to już co najmniej o trzy rzeczy za dużo. W zasadzie nawet bez tego całego mechanizmu nie potrafiłbym przetańczyć partnerki na drugą stronę. Ba, w zasadzie nie potrafiłbym tego zrobić w pustej sali tanecznej, nie mówiąc już o zatłoczonym moście. Po czterech upadkach i niezliczonych zderzeniach z atakującymi zewsząd dmuchanymi kolumnami po prostu się poddałem. Z pewnością zajęliśmy pierwsze miejsce od końca, albo może Nagrodę Specjalną w kategorii Śmiesznych Kroków.

Niemal każde spotkanie z tajemniczą i piękną sąsiadką to jakieś wyzwanie. Czy zdałem te nowe sprawdziany. Ten pod Ścianą Cudów – z pewnością tak. Ten na Moście Wspólnych Kroków – bez wątpienia nie. Czy to oznacza remis? Ale przecież był jeszcze trzeci test: wtedy kiedy spytała, czy mam jej coś do wyznania. Co to oznaczało i co jeszcze będzie dla nas znaczyć?

[Blog o Wymyślonym Kraju ukazuje się w (prawie) każdy czwartek. Mój drugi blog – O Korei, chociaż się na niej nie znam –  ukazuje się w (prawie) każdy piątek.

Ostatni wpis:

http://www.polska-azja.pl/2014/10/31/o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam-kropelka-i-dzidzius/

Krzysztof Iwanek]

Opublikowano powieść w Internecie | Otagowano | Skomentuj